Docieram do tych bardziej świadomych

Docieram do tych bardziej świadomych

Wywiady

Zaczynamy tęsknić do tego, co było pewne i stałe, do czasów z granicami. Dlatego wszędzie zaczyna się odgrzebywanie na nowo narodu, patriotyzmu, religii. Jeśli nie tak, to ludzie szukają szczęścia indywidualnie, a i tak nie można go znaleźć w modelu kapitalistyczno-konsumpcyjnym, jaki obowiązuje. Podejrzewam, że niedługo jakaś firma farmaceutyczna wypuści na rynek tabletkę szczęścia do codziennego użytku.

Zaczynamy tęsknić do tego, co było pewne i stałe, do czasów z granicami. Dlatego wszędzie zaczyna się odgrzebywanie na nowo narodu, patriotyzmu, religii. Jeśli nie tak, to ludzie szukają szczęścia indywidualnie, a i tak nie można go znaleźć w modelu kapitalistyczno-konsumpcyjnym, jaki obowiązuje. Podejrzewam, że niedługo jakaś firma farmaceutyczna wypuści na rynek tabletkę szczęścia do codziennego użytku.

Zuzanna Skalska – Polka z międzynarodowym wykształceniem, od 25 lat mieszka w Holandii. Zajmuje się analizą trendów w szeroko pojętym dizajnie produktów, usług i innowacji. Ściśle współpracuje z biznesem, wykłada na Uniwersytecie Technicznym TU/e w Eindhoven na wydziale wzornictwa przemysłowego, jest współtwórcą poznańskiej School of Form. Jest też autorką wielu publikacji dotyczących trendów rynkowych. Rozmawia Paweł Oksanowicz.

Czy łatwo jest opisać dzisiejszy świat?

Nigdy nie było łatwo. Tak w ogóle to on niewiele zmienił się w mechanizmach działania. Tzn. zawsze był skomplikowany, tylko my o tym nie wiedzieliśmy. Współczesność przyniosła jedną poważną zmianę – liczba informacji docierających do nas i czas, jaki jest do tego potrzebny – to lata świetlne, porównując chociażby do epoki sprzed 100 lat. Po prostu osiągnęliśmy stan percepcji tego, że na świecie dzieje się bardzo dużo.

Chyba za dużo? Przekopiowanie Internetu zajęłoby dziś jednej osobie 143 tys. lat.

W czasach gazet korzystaliśmy z kuratorów informacji – dziennikarzy.  Wybierali te najważniejsze i podawali społeczeństwu. Teraz dziennikarze nie są już kuratorami informacji. Afera za afera? Kolejny polityk napisał kolejną bzdurę na Twitterze? Od razu wiemy o tym wszyscy. I po prostu pogubiliśmy się w tym oceanie informacji. Dlatego tak ważne są u człowieka wykształconego w jakimkolwiek kierunku są tzw. kompetencje miękkie, aby w tym się odnaleźć.

Czy nie jest to wreszcie sytuacja idealna, w której ludzie wiedzą, co dzieje się na świecie? A skoro wiedzą, to może być momentem wyjścia, aby zacząć zmieniać świat?

To nie jest to sytuacja idealna. Wprawdzie z pozycji ambicjonalnych możemy teraz cieszyć się z tego, co już zrobiliśmy jako ludzkość i co jeszcze przed nami do zdobycia. Ale tu nie chodzi o ten pęd do zdobycia wszystkiego. Pracuję z różnymi firmami. Budujemy spekulatywne scenariusze przyszłości. Doszliśmy w wielu miejscach do tego samego wniosku. Najbardziej negatywnym stanem jest moment, gdy osiągamy jako ludzkość wszystko – roboty pracują wszędzie, zamiast ludzi, mamy czas i pieniądze, technologie od medycznych po kosmiczne. Ale, po drodze stajemy się bohaterami filmu „WALL-E”. My nie ruszamy się z kanapy przed ekranem. To, co pomyślimy, od razu pojawia się obok. Nawet nie będziemy musieli wtedy się rozmnażać. Koniec człowieczeństwa.

Czyli wypadałoby ten spełniony świat, hiperhiperrealizmu odwlekać, jak tylko się da w czasie, czyli wydłużyć drogę dojścia do hiperdobrobytu?

Tak. W przyszłym roku będziemy obchodzić 75-lecie Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka. Równocześnie już teraz powinniśmy tworzyć Kartę Praw Robotów. W Holandii Thomas Rau stworzył Kartę Praw Materiałów, ponieważ każdy materiał, podobnie jak człowiek, ma prawa na Ziemi i nie można mu ich odmówić. To jest zmiana świadomości roli ludzi na planecie. Tzn. gdy nie przestaniemy traktować siebie jako istot na najwyższym podium cywilizacji, to znowu oznacza koniec.

Czy chodzi przykładowo o aluminium, drewno, które teraz wycina się w Puszczy Białowieskiej?

Tak, wszystko powinno mieć swoje prawa, nie odbiera się materiałom ich prawa do istnienia. Z pewnością są osoby, które rozumieją procesy, jakie dzieją się w tej chwili na Ziemi i mogą zaakceptować prawa materiałów. Ale to nie 80 proc. ludzkości, która takie idee uzna za wariactwo lub przejaw angażowania się w organizacje „przytulania drzew”. Zgadzam się. Ale swoje przemyślenia i analizy kieruję do tych bardziej świadomych.

To znaczy do kogo?

Do wielkich prezesów i dyrektorów zarządzających korporacjami i właścicieli małych i średnich rodzinnych firm. One szczególnie są mi bliskie. Wielcy tworzą struktury zamknięte, żyją w oderwaniu od świata. Im chodzi o shareholders satisfaction. Ale na szczęście jest cała masa przedsiębiorców, którzy oprócz kreowania zysków widzą siebie w roli również społecznej.

Czy pani w swojej pracy z firmami podsuwa biznesowi rozwiązania, które mają służyć dodatkowej wartości dla społeczeństwa?

Dla mnie to bardzo ważne. Jestem pod wielkim wrażeniem przedsiębiorców – pionierów sprzed wieku i wcześniej. Oprócz tego, że podejmowali gigantyczne ryzyka, sygnowali swe firmy własnymi nazwiskami. Za nazwiskiem szła reputacja, odpowiedzialność dotycząca nie tylko powodzenia biznesu, ale za całe zaplecze społeczne firmy. Gdy „nadeszło” państwo opiekuńcze, firmy zrezygnowały z odpowiedzialności społecznej, kierując się ku zyskowi.

Czy kapitalizm zejdzie z tej drogi?

Belgijski ekonomista Geert Noels w swojej książce „Econoshock 2.0” pisze, że skala shareholder satisfaction, amerykanizacji biznesu osiągnęła apogeum. Za przyśpieszonymi zwrotami z inwestycji nie poszedł proporcjonalnie poziom życia konsumentów. Aby zwiększać zysk, mechanizm rynku popędza kapitalizm do psucia rzeczy, zmuszając do coraz bardziej szaleńczej konsumpcji. My, obywatele, nie jesteśmy w stanie kupować w nieskończoność: nowej lodówki, materaca, nowych garnków, co roku. A tego właściwie wymaga od nas każda notowana na giełdzie firma. Teraz wychodzą na jaw mafijne, biznesowe kartele, które celowo psuły rzeczy.

Obsolescencja zaczęła się od kartelu Febe ponad 100 lat temu, gdy Osram, Philips, General Electric i inni zepsuli żarówkę.

Po skrócenie cyklu życia produktów staliśmy się społeczeństwem śmieciowym. Aby generować zyski, firmy przyzwyczają nas do coraz gorszej jakości rzeczy, do coraz mniejszej ilości cukru w cukrze. Są na to odpowiednie sztuczki. Np. słynna holenderska posypka czekoladowa – obowiązkowy narodowy składnik holenderskiego śniadania – zawsze była sprzedawana w opakowaniu 400 g. Teraz to już 380 g. Firma wprowadziła tę zmianę po cichu, dopóki ktoś jej nie zauważył. Ale na tej drobnej różnicy generuje się wielki zysk. Zysk największym przekleństwem tego świata. Zaś słowo innowacja powinno być reglamentowane pod karą sądu. Innowacja zużyła się – nie można tak komunikować się ze światem w sytuacji, gdy ktoś coś modernizuje, stylizuje albo celowo niszczy.

Zmierzamy do zniszczenia i katastrofy?

Tak. Prawie połowa kapitału świata jest w rękach kilkunastu ludzi. Poza tym czy nie jest zastanawiające, że firmy największe na świecie niczego nie wytwarzają? Są tylko pośrednikami informacji, które sami im dajemy. Taka wielka banka mydlana.

Dlaczego daliśmy się tak wkręcić? Dlaczego każdy chce mieć wszystko, a firmy im tę złudę wszystkiego podsuwają? I jak mi się wydaje, większość ludzi, którzy tym sterują, doskonale wie, że to wszystko zmierza do katastrofy.

Przyjęliśmy, że wzrost ekonomiczny odbywa się w nieskończoność. Gdybyśmy założyli granicę, postępowalibyśmy ostrożniej. Sky is the limit nie jest obrazem ekstatycznego uniesienia się, korzystając z nieograniczonych ludzkich możliwości. To raczej przepowiednia zagłady. Jakiś czas temu oglądałam film o banku w USA, który w latach 60./70.  stworzył model 2 trójkątów złączonych ze sobą czubkami. Pierwszy z nich stał na podstawie – to biedniejsza część społeczeństwa, na której da się zarobić. W piramidzie odwróconej znajdują się najbogatsi. Czyli ci nawet najbogatsi ze społeczeństwa, które znamy, są biedni w porównaniu z tymi z niewidocznej piramidy. Tam są prawdziwe pieniądze.

W jednym z wywiadów powiedziała pani, że kończy się system finansowy i jednocześnie cierpliwość społeczeństwa.

Zgadza się, kończy się kapitalizm jaki znamy, tzn. system nazwany wolnym rynkiem. Przepływ pieniądza przez giełdy, fundusze inwestycyjne to jeszcze wszystko ze sobą współgra. Ale jeśli pojedynczy konsument stojący u dołu tej maszyny jest najbardziej wykorzystywany, to jak długo można? Pracuję z bankami w Polsce i za granicą. W tym środowisku widać nadchodzący przełom. Ostatnio holenderskie statystyki pokazały, że w 2016 r. 1/3 domów i mieszkań  kupionych w Holandii nabyto za gotówkę. Czyli banki straciły 1/3 klientów pożyczek hipotecznych. Wiemy, że długoterminowe kredyty to podstawa tego biznesu. To samo dzieje się w Niemczech, Skandynawii, Wlk. Brytanii. Oczywiście to wynik niskich stóp procentowych; nie kalkuluje się trzymać oszczędności na koncie. Ale to oznacza, że banki muszą zmienić model działania i zapytać – jaka będzie nasza rola w przyszłości? Przedefiniowanie staje się obowiązkiem. Wciąż większość ludzi w firmach sądzi, że stan rzeczy na dziś utrzyma się w nieskończoność. A nowa konkurencja nie śpi. Plotki głoszą, że Google, Amazon i Facebook myślą o usługach bankowych. Ale bez przedefiniowania biznesu naprawdę pędzimy do katastrofy. I tylko ci, którzy potrafią to zobaczyć, wyjdą na tym dobrze.

Oprócz zmiany roli banków w Holandii i w Polsce nad czym jeszcze pracujecie?

Chodzi o wielopłaszczyznową pracę nad tożsamością banków – w którą stronę powinny się rozwijać.

W którą?

W stronę rynkowego mentoringu. Stać się doradcą. I tu, ponieważ nie można być doradcą od wszystkiego, banki wybierają obszary, gdzie chcą działać. Co ciekawe, taki mentoring czy coaching dla klienta w obszarze pożyczania czy inwestowania pieniędzy jest większym kapitałem banku niż finansowy. Obecnie w bankach menadżerowie zastanawiają się także nad tym, czy powinni cyfrować usługi do maksimum. Bo jeszcze chwila i w Polsce zostaną już tylko apteki na każdym rogu ulicy, choć tu też idą zmiany.

Co pani rekomenduje?

Nie ma prostej odpowiedzi. Kluczem jest state of mind – nowa metoda analizy rynku. Dziś marketing oparty na targetach to epoka dinozaurów. Nawet persony są przeżytkiem. Podstawa to różne profile psychologiczne i przywiązanie do nich zachowania. Te różne profile wchodzą w reakcje ze światem w różnych stanach świadomości. Różne są ich oczekiwania. I dlatego firmom na rynku będzie coraz trudniej. Psychologowie i socjologowie mają teraz swój czas w branży bankowej. To za kreatywnymi nowe kolorowe ptaki w szarym biznesie.

Banki zatrudniają ich, żeby ostrzegać klientów przed bankami?

[Śmiech]. Aż tak odważnych nie ma. Ale przy okazji zatrudniania psychologów wychodzą na jaw dość istotne rzeczy dla funkcjonowania instytucji finansowych w przyszłości. Np. wciąż spotykamy się z bardzo dużą grupą społeczeństwa, która nie ma zielonego pojęcia, ile w ogóle posiada fizycznie pieniędzy i długów. A skoro tak, nie ma kontroli nad finansami. I to są niebezpieczne związki między bankiem a takim klientem. W Holandii mamy też do czynienia z grupą społeczną byłych studentów wchodzących na rynek pracy, z zadłużeniem np. 25 tys. euro/osobę. Bo na studiach mieli dostęp do łatwych, nieograniczonych kredytów. To są bankruci już na starcie zawodowego życia. Oni teraz nie kochają tego systemu, który dał im pożyczki.

Trzeba mieć odwagę, żeby powiedzieć bankowcom, aby nie tworzyli kredytów.

Wracamy do tożsamości banku – coacha, mentora. Owszem, jako bank mogę wypychać na rynek wciąż coraz więcej pożyczek, ale w pewnym momencie zbankrutuję, bo kto będzie je spłacał? A gdyby podejść inaczej do tego przykładowego studenta, tzn. jako bank-mentor pomagam mu rozwijać się, wspomagając finansowo proporcjonalnie do jego potrzeb? W ten sposób można wykształcić i związać ze sobą klienta na długie lata. W przeciwnym wypadku, jeśli tylko myślimy o tworzeniu zysku, pozostaniemy po prostu wyzyskiwaczami.

Jako cywilizacja zachodnia doszliśmy do momentu, w którym mówimy sobie: wszystko można. Straciliśmy zdrowy rozsądek. Ale przez to szaleństwo zaczyna przeświecać smutek nadchodzącego końca, coś pozarozumowego – przeczucie, że nie jest nam z tym dobrze. Zaczynamy tęsknić do tego, co było pewne i stałe, do czasów z granicami. Dlatego wszędzie zaczyna się odgrzebywanie na nowo narodu, patriotyzmu, religii. Jeśli nie tak, to ludzie szukają szczęścia indywidualnie, a i tak nie można go znaleźć w modelu kapitalistyczno-konsumpcyjnym, jaki obowiązuje. Podejrzewam, że niedługo jakaś firma farmaceutyczna wypuści na rynek tabletkę szczęścia do codziennego użytku. Bo w ekonomii, jaką znamy, codzienne używanie jest kluczem podtrzymywania całego systemu.

 

 

Zuzanna Skalska
Zuzanna Skalska
Podziel się

Facebook / Twitter / LinkedIn

Komentarze
Facebook Twitter LinkedIn