Nie jestem banksterem

Nie jestem banksterem

Wywiady

Nie wierzę, że względy moralno-etyczne mogą być oderwane od biznesu. One muszę stanowić jego stały element, być włączone w krwioobieg biznesu.

Nie wierzę, że względy moralno-etyczne mogą być oderwane od biznesu. One muszę stanowić jego stały element, być włączone w krwioobieg biznesu.

Z Brunonem Bartkiewiczem, prezesem ING Banku Śląskiego, rozmawia Michał Kobosko.

 

To jak to jest z tą odpowiedzialnością? Co to właściwie dla pana oznacza?

W języku polskim mamy tylko jedno określenie, które siłą rzeczy jest strasznie szerokie. Po angielsku jest łatwiej, bo możemy rozróżniać między accountability i responsibility. W tym mieści się zarówno określenie, że ja biorę odpowiedzialność za moje czyny i ich konsekwencje, ale także – biorę odpowiedzialność za obszary, w których czuję, że to do mnie należy obowiązek podejmowania działań. To są obszary, o których wiadomo, że nie wolno mi być pasywnym – a zarazem w których muszę umieć przewidzieć konsekwencje moich czynów. W rozważaniach o odpowiedzialności zawsze w tle są ludzie, to, za kogo jestem realnie odpowiedzialny. Czym innym jest odpowiedzialność za rodzinę, czym innym za przedsiębiorstwo, które prowadzę. Jeszcze czym innym odpowiedzialność na przykład za pokój na świecie. W każdej z tych sfer muszę świadomie określić moją rolę i poziom zaangażowania. Czy mnie to bezpośrednio dotyczy, czy też w żadnym stopniu nie.

(…)

Za kogo pan się czuje przede wszystkim odpowiedzialny? Właściciele banku, klienci, pracownicy, otoczenie, Śląsk…

Jasne, że trzeba ustawiać priorytety, od lat to w banku robimy i jasno komunikujemy. Dla nas tandem priorytetowy to klienci i pracownicy. Mówię „tandem”, bo jedno bez drugiego nie działa. Aby klienci byli zadowoleni, muszą być zadowoleni pracownicy. I odwrotnie. I nie chodzi tylko o pracowników na froncie, tych, którzy mają bezpośredni styk z klientem. Chodzi o wszystkich, bo wszyscy kreują jakość obsługi.

Nie wierzę, że względy moralno-etyczne mogą być oderwane od biznesu. One muszę stanowić jego stały element, być włączone w krwioobieg biznesu. Interes klienta jest trwale powiązany z interesem pracownika. Jeśli ja odpowiadam za firmę, to odpowiadam za każdy element jej funkcjonowania, w każdym wymiarze. Mamy ten komfort, że funkcjonujemy od bardzo wielu lat w instytucji, która nieprzerwanie rośnie. Taką organizacją się zdecydowanie łatwiej zarządza.

(…)

Pomówmy o odpowiedzialności banków wobec gospodarki. Wiele się mówi o waszych kontrowersyjnych wpływach. Banki na przykład decydują odgórnie, czy będą finansować jakieś projekty, a innych finansować nie chcą…

Rozumiem, że nawiązuje pan do naszej decyzji, że nie będziemy finansować energetyki opartej na węglu?

Także do tego. Jako bank pochodzący oryginalnie ze Śląska macie chyba jakieś zobowiązania wobec regionu.

Jesteśmy specyficzni, bo opieramy działalność na wartościach. Pełnimy trochę rolę takiego „oczyszczacza” życia gospodarczego. Ale moja odpowiedź musi być szersza. Gdy bank podejmuje decyzję o finansowaniu konkretnego przedsięwzięcia, ma obowiązek przeanalizowania, czy ta inwestycja ma szanse być spłacona – czyli czy będzie ekonomicznie zasadna. Nie wolno nam finansować projektów, dla których nie ma uzasadnienia ekonomicznego.. Byłoby to marnotrawstwem środków finansowych, a na to nie wolno pozwolić żadnemu bankowi.

Do tego dodatkowo dochodzą elementy decydujące o tym, co z naszej perspektywy jest w życiu ważne, a co jest nieważne. A z tego bierze się nasza świadoma decyzja, w których obszarach chcemy funkcjonować – i za które czujemy się odpowiedzialnie, a za które nie. Od lat świadomie nie finansujemy przemysłu zbrojeniowego, choć byłoby to finansowo lukratywne. Od lat nie finansowaliśmy też działalności kopalń na Śląsku, bo naszym zdaniem to tylko zwiększałoby ich problemy ze spiralą zadłużenia.

Nasza polityka niefinansowania energetyki węglowej ma podobne podstawy. Wydaje się nam, że powinny nastąpić drastyczne, wręcz dramatyczne zmiany w obszarze ochrony jakości powietrza w Polsce. Dlaczego więc mielibyśmy przykładać rękę do budowy infrastruktury, która może być niebezpieczna dla społeczeństwa? Wolimy przeznaczyć środki, którymi dysponujemy, na inne obszary. Takie, które są mniej obciążające dla klimatu, a wręcz ten klimat poprawią. Dużo o tym rozmawiamy z naszymi pracownikami, którzy mają czasem oczywiste wątpliwości. Mówią: wszystko fajnie, ale bank traci pieniądze nie wykorzystując możliwości, które do nas trafiają. Rozmawiamy też z przedsiębiorstwami energetycznymi ze Śląska, z którymi pracujemy od lat – i oni rozumieją i wspierają nasze myślenie.

Wy tego nie zrobicie, ale banki państwowe lub niedawno znacjonalizowane pewnie nie będą miały wątpliwości i takie inwestycje sfinansują.

Może tak, może nie. Elementem naszej odpowiedzialności jest podejmowanie czasem trudnych decyzji, które na pierwszy rzut oka wydają się ekonomicznie nieuzasadnione, nie zwiększają zysku. W najkrótszej perspektywie takie projekty mogą zadziałać. Ale my jesteśmy cierpliwi i myślimy w długiej perspektywie.

Wie pan doskonale, że opinie o bankach są jednak generalnie złe. Czy pan się czuje współodpowiedzialny? Jest pan banksterem?

Nigdy tak o sobie nie myślałem. Swego czasu, gdy w Holandii zakładaliśmy bank internetowy ING Direct, to ukuliśmy termin, że my jesteśmy ci dobrzy, w białych kapeluszach, the good guys. Zawsze chciałem być po tej dobrej stronie.

Gdy mój mały wnuk zapyta mnie za kilka lat: „czy Ty robisz dobre rzeczy Dziadku?”, to chcę mu z całym przekonaniem odpowiedzieć, że owszem, robię dobre rzeczy. Takie jest nasze myślenie: działać tak, by nie doprowadzać do złych sytuacji w społeczeństwie czy gospodarce. Jesteśmy na tyle ważną i dużą instytucją, że czujemy brzemię tej odpowiedzialności. Naprawdę zdajemy sobie sprawę z konsekwencji naszych decyzji. Czasem oznacza to, że musimy myśleć za naszych klientów. My możemy zarabiać na wszystkim. Ważne jest, by zarabiać tylko na tych obszarach i decyzjach klientowskich, gdzie wiemy, że klient jest w pełni świadomy tego, co czyni. I na dodatek są to czynności, które nie powodują w sposób zawoalowany, że klient będzie swojej decyzji żałować.

Klient, dodajmy, który często nie jest w stanie rozumieć waszych produktów.

Owszem. Dlatego klient czasem nie powinien mieć dostępu do produktów, których nie rozumie i które mogą być dla niego niebezpieczne. Przykładowo ryzyko kursu walutowego może być zrozumiałe tylko dla tego, kto się na tym ryzyku sparzył. Dla nikogo innego. Z kredytami frankowymi było przecież tak, że powszechnie założono brak ryzyka istotnych zmian jego kursu wymiany. A przecież dla każdego poważnego bankiera było jasne, że w przypadku walut każda zmiana, w każdym momencie, jest możliwa i może nastąpić. Tak samo jest ze stopami procentowymi, które mogą dowolnie spaść i wzrosnąć już jutro – nawet jeśli ekonomiści takich prognoz nie stawiają. My zawsze mówiliśmy klientom, że jeśli nie zarabiają w walucie obcej, nie powinni brać w niej kredytu.

Dlaczego zatem tylu pana kolegów, prezesów banków, myślało i mówiło inaczej. Dlaczego tak mówili politycy, regulatorzy itd?

No cóż, ludzie są po prostu omylni.

Można też to widzieć inaczej. Gdyby wówczas, w latach 2007-8 tyle osób nie wzięło kredytów, nie mieliby dzisiaj domów i mieszkań, żyliby gorzej.

To prawda. Ale z drugiej strony, gdyby kurs franka jeszcze skoczył, dziś kilkadziesiąt tysięcy osób mogłoby się znaleźć bez dachu nad głową… Tu jest kwestia wyważenia. Zwracam uwagę, że co do zasady frankowicze nadal zyskują, ich łączny koszt obsługi kredytów jest wciąż niższy niż w przypadku pożyczek złotówkowych. Mój bank z racji nieobecności na rynku kredytów frankowych stracił bardzo wiele potencjalnych przychodów. Dziś to powoli odzyskujemy. Istotą problemu jest przesunięcie nierozumianego przez klienta ryzyka na jego barki. Pomimo że klient deklaruje, że rozumie ryzyko i jest je w stanie ponieść, tak naprawdę jest inaczej.

Wszyscy byliśmy odpowiedzialni za tę sytuację, która mogła się dużo gorzej skończyć nie tylko dla kredytobiorców, ale dla całej gospodarki. Obyśmy wyciągnęli wnioski na przyszłość.

 

Fragment stanowi wybór z wywiadu, który w całości ukazał się w książce „Rozmowy o odpowiedzialności”.

Podziel się

Facebook / Twitter / LinkedIn

Komentarze
Facebook Twitter LinkedIn