Piramidy finansowe w słuchawce

Piramidy finansowe w słuchawce

Wywiady

O autorytety musimy dbać. Szczególnie ważne jest, byśmy pielęgnowali umiejętność słuchania innych i koncentracji na tym, co ważne w życiu, zwłaszcza w rodzinie i w zawodzie.

O autorytety musimy dbać. Szczególnie ważne jest, byśmy pielęgnowali umiejętność słuchania innych i koncentracji na tym, co ważne w życiu, zwłaszcza w rodzinie i w zawodzie.

Prof. dr hab. med. Janina Stępińska, kardiolog, kierownik Kliniki Intensywnej Terapii Kardiologicznej Instytutu Kardiologii w Aninie, w rozmowie z Pawłem Oksanowiczem o zaufaniu, autorytetach i szczerości, także w świecie finansów.

– Zanim dojdziemy do tego, skąd się tam wzięły, proszę powiedzieć – po co nam zaufanie, na przykład w medycynie?
– Nie ma skutecznego leczenia bez zaufania lekarz – pacjent. Jeśli pacjent ma wątpliwości, jeśli chodzi o rzetelność, wiedzę i intencje lekarza, wtedy leczenie nie powiedzie się.

– I co wtedy?
– Będziemy tylko bawić się w medycynę. Udawać, że ja leczę, a pacjent, że dochodzi do zdrowia.

– Jak dziś ocenia pani poziom zaufania pomiędzy pacjentem a lekarzem?
– Pacjenci tylko w połowie przestrzegają zaleceń lekarzy, co wynika z wielu badań ich zachowań. Poza tym urodziła się nam silna konkurencja – dr Google. Niestety, internet wpłynął negatywnie na relacje pacjent – lekarz.

– Internet demokratyzuje wszelkie relacje.
– Wiemy też, że sieć WWW i środki masowego przekazu mają swą specyfikę, tzn. że złe wiadomości są bardziej atrakcyjne dla odbiorców niż dobre. Tą drogą autorytet lekarzy jest konsekwentnie podważany. Owszem, zdarzają się jak w każdym zawodzie tacy, którzy sobie na to zasłużyli, ale generalnie odnoszę wrażenie, że na wizerunek lekarzy pracują nie tylko oni sami, ale także środki masowego przekazu. I musimy jako środowisko stawiać temu czoła. Poza tym news o lekarskiej wpadce typu „pijany lekarz na dyżurze” przebija się do świadomości statystycznego Kowalskiego łatwiej niż przekaz o kolejnym osiągnięciu polskiej medycyny.

– Czy lekarz powinien dbać za wszelką cenę o zaufanie, nawet jeśli pacjenci tego nie doceniają?
– Nie jest to celem samo w sobie. Niemniej wiedza, zachowanie, sposób kontaktu z pacjentem powinny skutkować zbudowaniem zaufania. Każda relacja pacjent – lekarz jest inna, każdy pacjent oczekuje czegoś innego od lekarza, ale to lekarz powinien odpowiednio budować relację. Zaufanie jest niezbędne; coraz częściej w medycynie kładziemy nacisk na wspólne podejmowanie decyzji dotyczących leczenia. Pacjent powinien współuczestniczyć w leczeniu, brać współodpowiedzialność za efekty, zwłaszcza w zakresie wykonywania zaleceń. Aby to się stało, lekarz musi poświecić pacjentowi wiele uwagi na jego poziome intelektualnym, wytłumaczyć, na czym polega jego choroba, proces dochodzenia do zdrowia, ale też szanse na powrót do zdrowia.

– Czyli wracamy do zaufania.
– Nawet więcej, lekarz musi nie tylko zdobyć zaufanie pacjenta, ale też jego rodziny. Przecież decyzje o leczeniu podejmuje się często w szerszym kręgu – rodzinnym – ich konsekwencje dotyczą też bliskich pacjenta. Np. rodzina bardziej niż pacjent oczekuje najnowocześniejszych metod leczenia, niezależnie od tego, czy pacjent kwalifikuje się do takiego leczenia. Sztuką jest nawiązać i utrzymywać relacje z rodziną pacjenta. Poświęcam temu dużo czasu i uwagi. Może dlatego zyskuję zaufanie nawet początkowo nieufnych pacjentów i ich rodzin. Często są to bardzo trudne rozmowy.

– Na ile możemy taką postawę przenieść na inne aspekty życia publicznego, na inne zawody, np. architekta, nauczyciela akademickiego, bankowca?
– Lekarze są wnikliwie oceniani przez innych, może nawet najbardziej ze wszystkich zawodów. Przecież nikt nie ocenia pracownika banku bądź architekta, na ile obiektywnie przedstawił ofertę swemu klientowi. Na ile rzetelnej informacji możemy oczekiwać ze strony pracownika telefonii komórkowej czy banku, który chce pozyskać nowego klienta? Kiedy odbieram telefon od kogoś z nich, w lot wyczuwam, że nie jest to telefon osoby, która zadba o moje finanse czy szerzej – mój stan posiadania. Ci ludzie dbają o interes swej instytucji, więc już w pierwszym przekazie muszę założyć, że to, co słyszę, brzmi zbyt pięknie. Tak powstają np. piramidy finansowe.

– Nawet jest na to powszechna zgoda. Na ile powinniśmy pobłażać tej sytuacji?
– No właśnie, bo lekarzowi się nie wybacza. Sama chciałabym wiedzieć, dlaczego w pewnych dziedzinach życia i zawodach dopuszczalna jest manipulacja i nieudzielanie wszelkich niezbędnych informacji klientowi. Dlaczego lekarz współpracuje z rodziną i pacjentem, a urzędnik w instytucji finansowej nie nawiązuje bliskich relacji ze swym, nazwijmy go też – pacjentem? Bywają sytuacje, że lekarz nawet w sposób brutalny mówi, co się dzieje z pacjentem, podczas gdy przekaz z banku nigdy nie jest szczery, wręcz odwrotnie – łagodny, ale nieprawdziwy.

– Tacy „nie do końca lekarze” mówią tylko o fragmencie wiedzy, bo może nie mają większej?
– Cóż, ja nie mam poczucia, że mogę oprzeć się tylko na takim przekazie. Jeśli jestem zainteresowana ofertą, weryfikuję ją u innych ekspertów, czyli też korzystam z drugiej opinii. Ale nie wyłączam swojego myślenia. Oczywiście, może być i tak, że ci ludzie składają w ofercie fragment rzeczywistości, bo nie wiedzą więcej. Może wynika to ze struktury firmy, którą reprezentują.

– Jak się przed tym bronić?
– Trzeba umieć być asertywnym.

– Nie każdy taki jest. Jak można to zmienić?
– Obawiam się, że jest to niemożliwe. Chociaż chętnie usłyszałabym, że się mylę. Mam takie poczucie, że w definicji eksperta w dziedzinie finansów mieści się to, że on ma zyskać jak najwięcej klientów, a czy oferta jest naprawdę korzystna, to sprawa drugorzędna. Ale zastrzegam – może się mylę i oby tak było.

– Tacy, którzy potrafią zdobyć jak najwięcej klientów, nazywani są dobrymi bankowcami. Natomiast gdy potraktujemy ten zawód jako służbę, to już chyba ich tak nie nazwiemy?
– Ciekawe byłoby, gdyby paradoksalnie odwrócić tę sytuację i przymierzyć ją do służby zdrowia. Zadaniem lekarza byłoby koncentrowanie się na przynoszeniu zysków instytucji. I tu dotykamy drażliwego, trudnego tematu. Lekarze na pewno wybierają najskuteczniejszą i najbezpieczniejszą metodę leczenia dla konkretnego chorego. Ale nie oznacza to, że każdy pacjent otrzyma terapię na najwyższym światowym poziomie, bo nas na to nie stać. Dokonując wyborów, wszyscy jesteśmy trochę ekonomistami, ale zawsze działamy z myślą o najwyższym dobru pacjenta. Wypisując pacjenta do domu czy konsultując go w ambulatorium, również kierujemy się portfelem pacjenta, dobierając mu odpowiednio terapię do portfela. Najczęściej nie ma potrzeby zlecania leków, których koszt miesięczny stanowi np. 30% miesięcznych dochodów pacjenta. Najczęściej kończy się to nierealizowaniem recept. Ale czasem zdarzają się sytuacje, kiedy nierefundowany, drogi lek jest niezbędny. Znowu wracamy do relacji lekarz – pacjent.

– Skąd te podwójne standardy u nas – mamy wartości deklarowane i wyznawane w życiu? Święci w zagrodzie, podstępni w zawodzie.
– Rzeczywiście może być tak, że ludzie w instytucjach finansowych, którzy kierują się interesem pracodawcy, mają poczucie, że działają dobrze, tzn. na korzyść swoich firm. Dostaną za to nagrody. Nie mają wiedzy i poczucia rozdwojenia. Wtedy trudno im cokolwiek zarzucić.

– Work-life balance po polsku?
– Coś w tym jest, ale czy to jest cecha tylko polska? Poziom edukacji w dziedzinie, o której mówimy, jest niższy niż gdzie indziej i dlatego te zjawiska są tak wyraźne u nas.

– Służba i służebność – co mówią pani te hasła?
– Nie przepadam za słowem „służba”, także za traktowaniem mojego zawodu jako części służby zdrowia. Termin ten kojarzy mi się z ancient regime także przez to, że wskazuje na podległość, kładzie nacisk na obowiązki. A ja mam w sobie pokłady niepodległości. Kiedy nie mówimy o służbie, łatwiej będzie mówić o zachęcaniu do współpracy, utrwalaniu odpowiedzialności za podejmowane decyzje w relacji lekarz – pacjent. O realnej odpowiedzialności, a nie winy w działaniu. Podejmując decyzję, powinnam oprzeć się na swej najlepszej wiedzy, uwzględnić jak najwięcej okoliczności zewnętrznych. Wszystko jedno, jakiego zawodu to dotyczy; trzeba z jednej strony być świadomym tego, co się dzieje wokoło, a z drugiej podnosić swe kwalifikacje i nie mieć poczucia nieomylności.

– To są składowe autorytetu. Spróbujmy jeszcze określić jego cechy.
– Czy chodzi o autorytet techniczny w danej dziedzinie?

– Niekoniecznie.
– No właśnie, bo przecież często spotykamy się z takim. Ale rozumiem, że chodzi o autorytet potraktowany szerzej. Chociaż cechy charakteru, morale takiej osoby trudno oderwać od kompetencji, jakie zdobyła w swym zawodzie. Autorytet jest figurą i etyczną, i czysto ludzką. To taki człowiek, który nie wybiera się na cokół, ani taki, któremu marzy się pomnik. To osoba rozpoznawalna. Niektórzy ludzie go podziwiają, a reszta – na pewno nie jest obojętna, może nawet go słucha; swoim dziełem i postawą łączy grupy o sprzecznych interesach.

– Czy to jest rola do objęcia?
– Prawdziwy autorytet buduje się latami, on nie podlega autokreacji. Jest wynikiem wielu procesów i zdarzeń. Nie każdy z nas ma umiejętność otwarcia się na poglądy innych, dialogu. Autorytet ma też szerokie spojrzenie na wiele dziedzin życia, zna świat, potrafi ten świat sprowadzać do świadomości zwyczajnych ludzi. Takich osób jest bardzo niewiele; są czasy, w których można ich ze świecą szukać.

– Z trwogą myślę o tym, że coraz częściej ludzie pozbawieni tych cech nam się narzucają.
– Dlatego o autorytety musimy dbać. Szczególnie ważne jest, byśmy pielęgnowali umiejętność słuchania innych i koncentracji na tym, co ważne w życiu, zwłaszcza w rodzinie i w zawodzie.

Prof. dr hab. med. Janina Stępińska, kardiolog, kierownik Kliniki Intensywnej Terapii Kardiologicznej Instytutu Kardiologii w Aninie
Prof. dr hab. med. Janina Stępińska, kardiolog, kierownik Kliniki Intensywnej Terapii Kardiologicznej Instytutu Kardiologii w Aninie
Podziel się

Facebook / Twitter / LinkedIn

Komentarze
Facebook Twitter LinkedIn

Zamów bezpłatny egzemplarz gazety Nienieodpowiedzialni.