Polski biznes jest mało obecny w dyskusji o odpowiedzialnej gospodarce. Czas to zmienić

Polski biznes jest mało obecny w dyskusji o odpowiedzialnej gospodarce. Czas to zmienić

Artykuły

Z Henryką Bochniarz – prezydent Konfederacji Lewiatan, rozmawia Michał Kobosko.

 

Cały ten CSR, odpowiedzialność biznesu, to ściema.

Nawet jeśli tak w przeszłości bywało, dziś jest już zdecydowanie inaczej.

Mnóstwo firm chwaliło się swoim zaangażowaniem i powagą, ale dalej robiło swoje. Pogoń za zyskiem była najważniejsza.

Słusznie używa pan czasu przeszłego. I oczywiście nie zamierzam bronić tego, co było. Wiem, jak często takie działania okazywały się pozorne. Jestem natomiast przekonana, że te czasy bezpowrotnie minęły. Nie wiem, kiedy dokładnie skończyła się era „business as usual”, ale skończyła się definitywnie.

I jak będzie teraz?

Presja na wynik, poziom bieżącego zysku już nie jest i nie może być jedynym kryterium oceny zarządów. Słuchałam ostatnio szefa funduszu BlackRock, największej firmy zarządzającej aktywami na świecie, który mówił, że wyniki, kurs akcji, kapitalizacja to za mało – trzeba pomyśleć o tym, jak trafniej i bardziej wielowymiarowo oceniać działalność firm.

Jak więc lepiej oceniać? Jakie klocki dorzucić?

Cieszę się, że firmy na świecie będą publikować swoje raporty CSR. Dzięki temu ten obszar przestanie być traktowany po macoszemu. Rozpocznie się porównywanie z osiągnięciami innych firm w tym obszarze, analizowane będą sposoby działania, ich skala i jakość. Rynek będzie mógł wycenić, na ile wierzy zapewnieniom menedżerów, że działają z pełnym poszanowaniem wszystkich interesariuszy. Inwestorzy przekonają się więc również, czy i jak wiele kobiet jest w zarządach oraz jak duże są różnice płac między kobietami a mężczyznami.

Te różnice są aż tak istotne?

Ależ naturalnie. W Wielkiej Brytanii od 1 kwietnia 2018 r. każda firma zatrudniająca powyżej 250 osób musi publikować porównanie płac. Efekt był widoczny jeszcze przed tą datą: wiele firm zaczęło przygotowywać udziałowców do tego, że będą miały bardzo poważny kłopot po ujawnieniu danych zarobkowych. Jeśli jeden z dużych banków inwestycyjnych wyliczył, że zatrudnieni w nim mężczyźni zarabiają nawet o 80% więcej niż kobiety, to sprawa musi być uznana za bardzo poważną – w tym wymagającą zmian regulacyjnych.

Ale dziś nie trzeba wprowadzać nowych regulacji, wystarczy opisać niewygodne fakty na Facebooku…

Rola mediów społecznościowych nie jest tu jednoznaczna. Mamy wiele dowodów na to, że te media mogą doprowadzić do osłabienia zasad demokracji i przejrzystości. Można wykreować taką kampanię, której skutki są potem nie do naprawienia. Niemniej dzięki istnieniu mediów społecznościowych niezależnie od tego, w jakim miejscu świata jesteśmy, możemy doprowadzić do nagłośnienia nieprawidłowości. Jeśli firma dopuszcza się złych rzeczy typu zatrudnianie dzieci, wprowadzanie nieuzasadnionych różnic płacowych, eliminacja kobiet ze stanowisk kierowniczych – musi się liczyć z konsekwencjami. W pewnym momencie takie dyskusje osiągają masę krytyczną, jak w przypadku #metoo, i wtedy stają się tematem ogólnoświatowym. Czasem, rzecz jasna, będzie tu dochodzić do radykalizacji i przesady, ale stopniowo wahadło się wyrówna. I bardzo dobrze.

Jak jednak bronić się przed niesłusznymi, fałszywymi atakami w mediach społecznościowych? Na przykład o mobbing.

To nie jest proste. Dziś ciągle jeszcze panuje rodzaj poczucia bezkarności, przekonanie, że można wszystko, przeciw każdemu, często bez żadnych podstaw. Działając w rzeczywistości zaawansowanych technologii, musimy sobie jednak zdawać sprawę, że wszędzie zostawiamy cyfrowe ślady, wcale nie jesteśmy całkiem anonimowi. Jeśli rzucamy bezpodstawne, a zarazem bardzo poważne oskarżenie, musimy być świadomi możliwych skutków prawnych. Systemy sądowe nigdy w historii świata nie stały przed takim wyzwaniem, bo też nigdy nie było tak masowego, globalnego obiegu informacji – zarówno prawdziwych, jak i kłamstw. Nie mam gotowych recept, ale jestem przekonana, że system wypracuje modele karania za to drugie – na tyle poważne, by kolejne osoby pomyślały dwa razy, nim czegoś takiego się dopuszczą.

Czy fakty mają jeszcze znaczenie? Wydaje się, że papier i Internet zniosą wszystko.

Jest z tym bardzo słabo, a ryba psuje się od głowy – począwszy od świata polityki. Dziś, im bardziej wpływowy polityk, tym bardziej próbuje nagiąć fakty w dogodny dla siebie sposób. Obawiam się, że ta machina już jest nie do odkręcenia. Ale czy z tego powodu należy rezygnować z szukania prawdy i debatowania w oparciu o wiedzę i doświadczenie? Nie wolno! Przypominaliśmy o tym podczas ubiegłorocznej edycji Europejskiego Forum Nowych Idei w Sopocie organizowanego przez Konfederację Lewiatan. Podczas debaty o fake newsach podkreślaliśmy wielokrotnie, że skala ich oddziaływania stała się problemem globalnym, mającym wpływ zarówno na sferę biznesu, jak i na życie publiczne oraz politykę. W debacie ekspertek z takich organizacji jak Międzynarodowa Federacja Dziennikarzy, Stop Fake czy Wikimedia, którą pan redaktor miał zresztą okazję moderować, ustaliliśmy, że problem ten wymaga wspólnego działania organizacji rządowych, pozarządowych i tradycyjnych mediów.

Mówi pani o sprawach, o których w Polsce rzadko się głośno dyskutuje.

Szalenie mnie martwi, że nie ma u nas poważnej debaty – dotyczy to bardzo wielu spraw. Jesteśmy z dyskursem na obrzeżach, skupiamy się na tematach wtórnych i związanych głównie z roztrząsaniem historii. Tymczasem świat niesamowicie pędzi do przodu, na Zachodzie rozmawia się o przyszłości, która z dnia na dzień staje się teraźniejszością. Rozmawiają o tym filozofowie, socjolodzy, matematycy, ekonomiści. U nas nie ma debaty na temat euro, na temat brexitu, na temat przyszłości Unii. Posługujemy się kalkami, stawiamy po dwóch stronach muru, nawet nie próbujemy analizować wagi realnych argumentów za i przeciw.

Dlatego też osiem lat temu postanowiliśmy zorganizować pierwsze EFNI. Chcieliśmy stworzyć platformę wymiany myśli i koncepcji służących polepszeniu środowiska, w którym żyjemy i prowadzimy działalność gospodarczą. Tylko dzięki bliskiej obserwacji trendów możemy reagować szybko i proaktywnie oraz konstruktywnie kształtować przyszłość naszego kontynentu.

Od samego początku byłam zwolenniczką wejścia Polski do strefy euro. Żałuję, że ówczesny rząd i premier Donald Tusk nie mieli odwagi tego zrobić we właściwym momencie, w czasie, gdy praktycznie spełnialiśmy kryteria akcesji. Uważam, że to konieczne, jeśli chcemy pełnić aktywną funkcję w Europie i nie być sprowadzani do pozycji przedmurza, co nie najlepiej wychodziło nam również w przeszłości. Wejście do euro nie byłoby skakaniem do pustego basenu – wielu już zrobiło ten krok i bardzo go sobie chwalili. Kiedy słyszę dziś od przeciwników, że nie wolno tego zrobić, bo za euro wszyscy zapłacimy drożyzną, to trudno mi się nie denerwować. Fakty są kompletnie inne. Kraje wchodzące do euro w ostatnich latach wyciągnęły wnioski z błędów – na przykład Włoch – i umiały uniknąć podwyżek. Nie ma więc podstaw, by straszyć ludzi.

A rola państwa w gospodarce? O tym chyba sporo się w Polsce mówi?

Chciałabym, ale niestety nie. Rząd PiS pozostaje zwolennikiem daleko posuniętej ingerencji i obecności państwa w ekonomii. Państwo ma rolę do odegrania, ale niekoniecznie taką, by mówić biznesowi, co powinien produkować, jakie usługi oferować, żeby być konkurencyjnym. To już było w PRL i upadło z hukiem. Przez ostatnie 30 lat branże takie jak kosmetyczna, farmaceutyczna, meblarska rozwinęły się i urosły nie dzięki państwu, ale obok niego. Państwo powinno je wspierać, zamiast produkować przepisy i instytucje, które traktują przedsiębiorców jak podejrzanych przestępców.

Dziś nie ma debaty, przekonywania do swoich racji, pokazywania, gdzie na świecie silna rola państwa się sprawdziła. Podejście jest takie: wygraliśmy wybory, więc tak ma być, tak działamy i nikomu z niczego nie będziemy się tłumaczyć. A tego właśnie tu trzeba, w kraju o tak burzliwej historii jak Polska. Nie da się sięgać po argumenty typu „a w Singapurze to zadziałało!”. W jakim Singapurze? Gdzie nam do ich drogi i doświadczeń. Albo zamykanie sklepów w niedzielę z powoływaniem się na przykład Niemiec. I znowu, gdzie my jesteśmy przy Niemczech. Chcemy je gonić czy nie? Wiemy doskonale, jakie są trendy konsumpcji, jak ważny to czynnik dla społeczeństwa na naszym etapie rozwoju. Możliwość handlu w niedzielę to jeden z czynników naszego wzrostu gospodarczego, naszego doganiania świata. Niezależnie od tego, czy nam się to podoba, czy nie.

Polski biznes unika debat publicznych.

Nie ma co ukrywać, że biznes, skupiony na bieżących działaniach, nie ma zbyt wiele czasu, by czytać lub dyskutować o czymś więcej niż tylko o realnej gospodarce. Oczywiście moim zdaniem polski biznes powinien mocniej się rozwijać nie tylko materialnie, ale także intelektualnie. Gospodarki nie da się przecież oddzielić od polityki, tematów społecznych, funkcjonowania demokracji czy debaty na temat różnych wizji przyszłości i modeli rozwoju.

My robimy swoje – organizujemy we wrześniu kolejne Europejskie Forum Nowych Idei w Sopocie. I znów będziemy rozmawiać o odpowiedzialności biznesu, o równości i różnorodności. Dla znaczącej grupy polskich przedsiębiorstw taka debata jest bardzo istotna.

Jakim zagadnieniom poświęcona będzie tegoroczna edycja EFNI?

Na przykładu gospodarce o obiegu zamkniętym. Przyznam, że dostaję szału, kiedy muszę godzinami szukać miejsca, gdzie oddać zużyte baterie; że na wsi stale znaleźć można wyrzucone na uboczu stare lodówki i pralki czy że wciąż nie dorobiliśmy się systemu zwrotu butelek i puszek. Na świecie to wszystko działa, jakoś to rozwiązano. U nas ciągle się nie udaje.

Drugi temat to różnorodność. Jesteśmy bardzo zadowoleni, że setki tysięcy Ukraińców wybrały Polskę jako miejsce życia i pracy, ale nie robimy absolutnie nic, by im to ułatwić. Jaką mamy dla nich ofertę szkolną, edukacyjną, mieszkaniową? Jaką stabilność i przewidywalność przepisów dotyczących zatrudnienia możemy im zaproponować? Jeśli ktoś potrzebuje pracownika sezonowo, a sama procedura trwa pięć miesięcy, to o czym w ogóle mówimy? Przed nami jeszcze długa droga, jeśli chodzi o działania na rzecz przyjmowania pracowników zagranicznych. To nie jest polityka zatrudnienia, tylko szarpanina.

Ponadto będziemy jak co roku dyskutować o najważniejszych dla biznesu trendach i zmianach na świecie oraz o przyszłości Europy, jej przyszłej roli oraz kształcie. Z jednej strony czeka nas zatem mnóstwo interesujących tematów, takich jak sztuczna inteligencja, cyberbezpieczeństwo, bitcoiny, sieć 5G czy ekonomia ekologiczna oraz zrównoważone miasta. Z drugiej strony rozważać będziemy takie kwestie europejskie, jak jednolity rynek pracy, wspólna polityka obronna, przyszłość funduszy strukturalnych czy przyszły kształt polityki handlowej Unii.

Czym Polska powinna się wyróżniać, jakie mają być nasze główne atrybuty gospodarcze?

Mam kłopot z odpowiedzią na to pytanie. Przez długie lata konkurowaliśmy dużo niższymi kosztami pracy przy dostępie do młodych, dobrze wykształconych kadr. Dziś to już przeszłość. Ludzi do pracy nie ma, a jednocześnie pracodawcy czują szybko rosnącą presję na wzrost płac. Inwestorzy zagraniczni odegrali kluczową rolę w procesie polskiej transformacji. Gdzie byłyby dziś polskie banki bez dopływu kapitału i know- -how? Gdzie byłaby polska motoryzacja bez inwestycji koncernów i kooperantów? Gdzie przemysł lotniczy? A jednocześnie jest jasne, że w dzisiejszych realiach przeniesienie centrum usług z kraju do kraju może zabrać kilka tygodni, przeniesienie fabryki raptem ze trzy miesiące. Jakie zatem będą nasze atuty? Moim zdaniem powinna to być stabilność systemu prawnego, nasze pewne członkostwo w Unii Europejskiej, nasze przyszłe wejście do strefy euro. Na razie tego wszystkiego nie mamy. A to naraża nas na wielkie ryzyko.  

 

Rozmawiał MICHAŁ KOBOSKO – dziennikarz, publicysta, menedżer mediów i komentator.

 

WYWIAD POCHODZI Z 5 NUMERU GAZETY NIENIEODPOWIEDZIALNI – ZAMÓW GAZETĘ.

Podziel się

Facebook / Twitter / LinkedIn

Komentarze
Facebook Twitter LinkedIn