Zaniechanie

Zaniechanie

Artykuły

Odruch pomocy nadal jest w nas silny, ale marzy mi się nie gest, ale standard, zinternalizowana procedura. Normalność współdzielenia losu nieobciążona romantycznym porywem.

Odruch pomocy nadal jest w nas silny, ale marzy mi się nie gest, ale standard, zinternalizowana procedura. Normalność współdzielenia losu nieobciążona romantycznym porywem.

PAWEŁ NIZIŃSKI 

Odruch pomocy nadal jest w nas silny, ale marzy mi się nie gest, ale standard, zinternalizowana procedura. Normalność współdzielenia losu nieobciążona romantycznym porywem.

Zaniechanie to odejście, powstrzymanie się od działania, odwrócenie plecami. Negatywny, a jednocześnie bardzo praktyczny zabieg. Czy w sytuacjach skomplikowanych rozwiązaniem nie jest właśnie powstrzymanie się od działania? Ale powstrzymanie się od działania też jest rodzajem działania (Et non facere, facere est). Ma swoje mniej lub bardziej przewidywalne konsekwencje. Pozornie, powstrzymując się od działania, unikamy negatywnych jego efektów, ale czy rzeczywiście? Niby bezpieczniej, wygodniej, mniej ryzykownie. Czy nie pojawia się tu jednak ciche okrucieństwo polegające na pozostawieniu kogoś samemu sobie, porzucenia odpowiedzialności za kogoś bądź coś (np. sprawę)? Nigdy nie pociągały mnie alternatywne scenariusze historii, w przypadku Stoczni trudno jednak powstrzymać się od myślenia: co by było, gdybyśmy wobec tego miejsca zachowali się inaczej.

To, co zrobiliśmy ze Stocznią, kolebką „Solidarności”, symbolizuje to, co stało się z samą ideą solidarności. Mam poczucie, że została porzucona na rzecz wolności eksplorowania rynku, indywidualnych karier, wyścigu za luksusem. I na nic tu WOŚP, pozwalająca na jednorazowe uspokojenie sumienia, jesteśmy głęboko podzieleni i wrogość płynąca z tego podziału będzie wyzwaniem dla niejednego jeszcze pokolenia. Idąc za Heideggerem, który w „Złocie Renu” zastanawiał się, co utraciliśmy jako cywilizacja, porzucając naturę na rzecz kultu wiedzy i techniki, można zapytać, co straciliśmy jako społeczeństwo, nie tylko polskie, również europejskie czy globalne, w efekcie porzucenia wartości „Solidarności”. Jej znak był punktem zwrotnym zarówno dla społeczeństwa polskiego, kupionego szarawym konsumpcjonizmem epoki Gierka, jak i europejskiego doby lat 70. Polska i stoczniowcy w 1980 r. przypomnieli światu, ale przede wszystkim sobie, o fundamentalnym znaczeniu tej wartości dla budowy społeczeństwa obywatelskiego. „Solidarność” po koszmarze stanu wojennego stała się mitem założycielskim przyszłego wolnego społeczeństwa, ale czy w czasie transformacji nadal były to pożądane fundamenty? Gdy pojawiła się szansa na indywidualną poprawę warunków ekonomicznych, rzuciliśmy się w stronę pomnażania osobistych kapitałów kulturowych, zapominając o zbiorowym dziedzictwie ruchu, który pomógł nam odzyskać tożsamość.

Nie mam intencji analizowania fenomenu „Solidarności” ani wyborów, jakie czynimy bezustannie. To temat dla filozofów. Jednak chciałbym się zatrzymać na moment przy sprawie odwrócenia się od solidarności. Bo to zaniechanie kładzie się cieniem na obliczu współczesnego społeczeństwa polskiego, na kolejnych wyborach, jakich dokonujemy jako zbiorowość, ale też na wyborach indywidualnych, przekładających się na jakość życia całej wspólnoty.

Od kilku lat nie daje mi spokoju nieco zapomniana książka, napisana i wydana z okazji 1 Zjazdu NSZZ „Solidarność” we wrześniu 1981 r. „Etyka Solidarności” Józefa Tischnera. Refleksja Tischnera powraca wprawdzie w tekstach Wojciecha Bonowicza, pojawia się przy okazji obrad Kongresu Obywatelskiego, niektóre cytaty z kart książki stają się nad wyraz użyteczne przy komentowaniu zmiany społecznej, jaką obserwujemy. Mam natomiast wątpliwości, czy istota tej myśli przypadkiem nie ulotniła się z dyskursu publicznego. Myśmy tę naukę doskonale zapomnieli. Pojawia się jakaś niezręczność w rozmowie o „Solidarności”, gdy dla wielu związek zawodowy nadal noszący to imię nie jest już depozytariuszem wartości masowego odruchu społecznego. Stronię od słowa „ruch społeczny”, ponieważ skala tamtego zjawiska i mnogość jego odcieni sprawia, że ono tu nie pasuje. Ponieważ wówczas dokonało się jakby zawieszenie tych cech różnicujących w imię czegoś najbardziej podstawowego, co łączy. Zaczyna się monumentalnie kazaniem „Solidarność sumień” wygłoszonym przez Tischnera na Wawelu 19 października 1980 r.:

„Co znaczy to stare i nowe zarazem słowo »solidarność«? Ku czemu wzywa? Jakie budzi wspomnienia. Gdyby trzeba było jakoś bliżej określić znaczenie słowa »solidarność«, to należałoby chyba sięgnąć do Ewangelii i tam szukać jego rodowodu. Sens tego słowa określa Chrystus: »Jeden drugiego ciężary noście, a tak wypełnicie prawo Boże«. Cóż znaczy być solidarnym. Znaczy nieść ciężar drugiego człowieka. Nikt nie jest samotną wyspą. Jesteśmy zespoleni nawet wtedy, gdy tego nie wiemy. Łączy nas krajobraz, łączy nas ciało i krew – łączy praca i mowa. Nie zawsze jednak zdajemy sobie sprawę z owych powiązań. Gdy rodzi się solidarność, budzi się świadomość, a wtedy pojawia się mowa i słowo – wtedy też to, co było ukryte, wychodzi na jaw. Nasze powiązania stają się wszystkie widoczne. Wtedy człowiek nosi na swych plecach ciężar drugiego człowieka. Solidarność mówi, woła, krzyczy, podejmuje ofiary. Wtedy ciężar bliźniego staje się często większy niż własny ciężar. (…) Solidarność ma jeszcze jedną stronę: solidarności nie potrzeba narzucać człowiekowi z zewnątrz, przy użyciu przemocy. Ta cnota rodzi się sama, spontanicznie, z serca. Czy zmuszał ktoś Miłosiernego Samarytanina, aby pochylił się nad leżącym przy drodze rannym? Miłosierny Samarytanin poratował bliźniego, bo taka była jego dobra wola. Cnota solidarności jest wyrazem dobrej woli człowieka. W gruncie rzeczy wszyscy jesteśmy solidarni, bo wszyscy jesteśmy w głębi naszych dusz ludźmi dobrej woli. Solidarność rodzi się z dobrej woli i budzi w ludziach dobrą wolę. Ona jest jak ciepły promień słońca: gdziekolwiek się zatrzyma, pozostawia ciepło, które promieniuje dalej, bez przemocy. Jej chodzi tylko o jedno: aby jej nie stawiano przeszkód – głupich, bezsensownych przeszkód”.

Inny obraz jaki przy tej okazji do mnie powraca – to historia, jaką opowiada Gombrowicz w „Dziennikach”: „(…) widząc opodal nowe żuki na równinach, przełęczach, w wąwozach, ową wysypkę torturowanych punkcików, jąłem po tym piasku ruszać się, jak oszalały, z pomocą, z pomocą, z pomocą! Ale, wiedziałem, to nie może trwać wiecznie. Wszak nie tylko ta plaża, ale całe wybrzeże, jak okiem sięgnąć, było nimi usiane, więc musi nadejść moment, w którym powiem »dość« i musi nastąpić ten pierwszy żuk nie uratowany”. Odruch pomocy Innemu jest nadal w nas silny, rzucamy się w kolejnych zrywach, ale marzyłby mi się gest mniej romantyczny, a bardziej racjonalny, zaplanowany, spokojny, na jaki stać społeczeństwa niemające problemów z własną tożsamością. Nie odruch właściwie, ale standard, zinternalizowana procedura, normalność współdzielenia losu Innego, nieobciążona romantycznym porywem. Bo zawsze kiedyś trzeba będzie podjąć decyzję o tym, którego żuka już dalej nie odwracać, nie ratować, mimo że czujemy, iż w pomocy nie powinniśmy ustawać. Ale może dzięki zbiorowemu wysiłkowi i współpracy będzie to decyzja odległa w czasie i nieobciążona tragedią, bo będziemy stale sobie przekazywać „pałeczkę wspierania” i po nas ów wysiłek ktoś dalej podejmie.

Tymczasem symboliczne zaniechanie solidarności otworzyło moim zdaniem drzwi dla przyzwolenia na nieodpowiedzialność. Gdy do tego dodamy niskie wskaźniki kapitału społecznego, rosnącą ksenofobię, poczucie, że „tym razem nareszcie się odkujemy”, zaczyna być coraz mniej miejsca na odruch solidarności i odpowiedzialności za drugiego. Brak odruchu wspólnoty otworzył drogę dla podziałów dawno drzemiących w naszej tkance społecznej i bardziej skupiliśmy się na tym, co dzieli, niż na tym, co łączy. O noszeniu wspólnie brzemienia nawet nie wspominając.

Kolebka „Solidarności” zobowiązywała i zobowiązuje. Być może jej istnienie jest jak wyrzut sumienia, jak lustro przypominające, kim jesteśmy. Zaniechanie pozwala nie myśleć, nie osądzać. Ale jak pisała Hannah Arendt, myślenie to nasze jedyne antidotum na nicość i skończoność naszego losu. Co więcej – rezygnacja z naszej zdolności osądzania otwiera drogę upiorom, z jakimi borykaliśmy się w XX w.

W takim świetle wymiar symboliczny zaniechania Stoczni jest dużo cięższy. To tak jakbyśmy chcieli pozbyć się znaku przywołującego nasz głos sumienia. A nawet jeszcze więcej: pozostawienie jej losu na boku głównego nurtu wydarzeń jest jak obraz zaniedbania domu rodzinnego. Gdy o nim przestajemy pamiętać, dbać, szanować, gdy nie mamy szacunku dla tego ogrodu dzieciństwa, z którego brało się nasze wychowanie, cnoty i wartości, jakie nam zostały przekazane, zaczynamy powoli tracić tożsamość, przestajemy rozumieć decyzje poprzednich pokoleń i tym trudniej ciągnąć z nich lekcje na przyszłość. Stocznia zaniechana to symbol naszej meandrycznej historii współczesnej i świadectwo nierozważnego traktowania kamieni milowych naszej historii. Bo co by było, gdyby nadal tętniła życiem, gdyby były budowane w niej statki, gdyby tam był znak pozytywnego przejścia w stronę lepszego, zasobniejszego społeczeństwa, państwa odnoszącego sukcesy dzięki umiłowanej od wieków wolności i solidarności właśnie?

Być może przemawia przeze mnie nostalgia – za światem prostych wyborów i sensów. Technologia uzmysłowiła nam, jak bardzo wyparowały sensy z tego, co robimy, i gwałtownie rzuciliśmy się do ich poszukiwania. Może to jest missing my pre-Internet brain? Dziedzictwo „Solidarności” to raj utracony, to obraz Polski zewnętrznie odbieranej jako ikona niewinności, Polski bez przemocy, powstającej w słusznej sprawie, idealistycznej, upominającej się o los Innego. Kraju godnego takiego samego wsparcia, solidarnego w obrębie szerszej wspólnoty, na nowo sklejanej Europy. Ale też Polski pokornej i w tej pokorze odzyskującej dużo więcej godności aniżeli w ryku tysięcy oszalikowanych gardeł na stadionach czy w marszach pod sztandarami i hasłami budzącymi demony. Zlekceważenie tego dziedzictwa to poważna wyrwa i utracona szansa rozwojowa, cofnięcie się w czas swarów oraz w iluzję samowystarczalności czterdziestomilionowego zaścianka.

Zdjęcia Stoczni Michała Szlagi są wyrzutem sumienia. Ale też czymś o wiele istotniejszym. Może to w nich przechowa się głębsza refleksja nad naszą tożsamością, nad wielkością w momentach zrywu i niedoskonałością w codziennych zmaganiach. Jeżeli nie potrafimy zachować świadectw materialnych tego, kim jesteśmy, może ocali je choć kultura, w której te treści pozostaną na dłużej niż w zlekceważonej przez nas przestrzeni – industrialnej i jednocześnie symbolicznej.

ARTYKUŁ POCHODZI Z 5 NUMERU GAZETY NIENIEODPOWIEDZIALNI – ZAMÓW GAZETĘ.

Podziel się

Facebook / Twitter / LinkedIn

Komentarze
Facebook Twitter LinkedIn