Czincz manej, czyli jak społecznościowe zmienia się w społeczne

Czincz manej, czyli jak społecznościowe zmienia się w społeczne

Artykuły

W większości przypadków, siedemset tysięcy Polaków zadłużonych w obcych walutach padło ofiarą gry na spreadach. Pomimo nawet politycznej próby złagodzenia zjawiska (PSL miał pomysł, aby ograniczyć spready ustawą – co było dość zaskakujące, ale przede wszystkim chytre politycznie), banki wciąż wyjmują z kieszeni zadłużonych pieniądze pochodzące z różnicy skupu i sprzedaży walut. I ci, którym machinacje na rynku finansowym wycisnęły strumienie łez, stali się pierwszymi klientami e-kantorów. I są nimi do dziś.

W większości przypadków, siedemset tysięcy Polaków zadłużonych w obcych walutach padło ofiarą gry na spreadach. Pomimo nawet politycznej próby złagodzenia zjawiska (PSL miał pomysł, aby ograniczyć spready ustawą – co było dość zaskakujące, ale przede wszystkim chytre politycznie), banki wciąż wyjmują z kieszeni zadłużonych pieniądze pochodzące z różnicy skupu i sprzedaży walut. I ci, którym machinacje na rynku finansowym wycisnęły strumienie łez, stali się pierwszymi klientami e-kantorów. I są nimi do dziś.

Fakt, że nasza reprezentacja wybiegnie na boisko z logo cinkciarz.pl bardziej pasuje mi do czasów, gdy reprezentację częściej widywałem na boisku, a nie na bilbordach. Ale gdy działali peerelowscy cinkciarze, gdy mieliśmy prawdziwą reprezentację, nie było żadnego innego sponsoringu oprócz państwowego. Poza tym, teraz chodzi o zupełnie innego cinkciarza.

Ten współczesny w niczym nie przypomina typa handlującego walutą, którego cień rzucany lampą spod Pewexu sięgał siedziby służby bezpieczeństwa. Wprawdzie dzisiejszy cinkciarz wykorzystał podejrzaną moralnie legendę dla pokazania się w nowych ciuchach, z nowym logo, generalnie – dla zaprezentowania się. Ale ten cinkciarz jest społecznościowy, chociaż stworzyły go banki.

W większości przypadków, siedemset tysięcy Polaków zadłużonych w obcych walutach padło ofiarą gry na spreadach. Pomimo nawet politycznej próby złagodzenia zjawiska (PSL miał pomysł, aby ograniczyć spready ustawą – co było dość zaskakujące, ale przede wszystkim chytre politycznie), banki wciąż wyjmują z kieszeni zadłużonych pieniądze pochodzące z różnicy skupu i sprzedaży walut. I ci, którym machinacje na rynku finansowym wycisnęły strumienie łez, stali się pierwszymi klientami e-kantorów. I są nimi do dziś.

Oczywiście banki twierdzą, że dają gwarancję bezpieczeństwa transakcji. Ale to jak karmienie tygrysa, który jest najedzony – najpierw naciągnęły te siedemset  tysięcy, a teraz posługują się strachem przed anonimowością operacji finansowych w sieci. Owszem, do tej pory nie mieliśmy możliwości weryfikacji tego bezpieczeństwa. Lecz teraz, razem z nowym sponsorem reprezentacji Polski w piłce nożnej, jego ambicjami wejścia na rynki europejskie przestaję się nad tym zastanawiać.

Jak można się przekonać na stronach wspomnianego kantoru WWW i innych, jednocześnie oddając im należne miejsce w rozkręcaniu sieciowego biznesu, tu można kupić walutę po cenie jakiej nie znajdzie się w okienku bankowym. Jest to korzystne dla skromnych portfeli, jakimi zazwyczaj dysponują zadłużeni. Otóż zyskują za jednym kliknięciem możliwość nie tylko zdobycia CHF i innych walut taniej o 15 groszy, ale również wyrażenia dezaprobaty dla gry na spreadach. W ten sposób anonimowe internetowe transakcje tworzą hiperarchiczną, rojową społeczność, a także wzmacniają popularność narzędzia gotowego zmienić tę część rynku bankowego.

W e-kantorze mam także możliwość wypróbowania społecznościowej wymiany walut. Kursy ustalane są przez użytkowników portalu, obowiązkowo bez spreadów, nawet bez pośrednictwa znanego już cinkciarza w nowej odsłonie. Owszem, transakcje obarczone są niepewnością oczekiwania i przypadkowością wielkości zakupów, a nawet możliwe, że są sterowane przez wynajętego moderatora. Jednak społeczny wymiar kantorowego biznesu wprowadza nas w sieciową ponowoczesność.

Analitycy e-rynku twierdzą, że rojowość sieci łączącej anonimowych użytkowników w realne krótkotrwałe projekty jest w stanie zmienić bieg historii wielkich firm. 10 lat wstecz hipohopowcy za pomocą serwisu społecznościowego zbanowali firmę Adidas za reklamowy mural na ogrodzeniu służewieckiego toru. Nabici w pewien bank też odwołali się do sieciowej sprawiedliwości i po latach procesów sąd przyznał im rację. To są przykłady, które weszły do historii, kolejne bez wątpienia nastąpią.

Podobnie jak e-kantory już sięgają do słownika CSR-u, aby tworzyć nowe jakości w realu. Jeszcze zbyt skromne jak na oczekiwania. Można nawet stwierdzić – naiwne. Awangardą jest akcja „Przedsiębiorcza Sówka-Złotówka” – inicjatywa firmy, która w swej nazwie ma dwie siódemki. Głównym celem tej akcji, jak czytamy w PR-owym komunikacie „jest kształtowanie świadomości ekologicznej i promocja idei przedsiębiorczości wśród najmłodszych dzieci w wieku przedszkolnym”.

W wakacyjnym przedszkolu kantoru77 dzieci dostają do zabawy świnki skarbonki, kredki, piłki plażowe, ulotki informacyjne oraz list do rodziców, zawierający uzasadnienie zabawy w kasę, a nie klasę. Zapędzenie przechodzących akurat w pobliżu pociech, uformowanych w siedem marketingowo słusznie utworzonych grup przypomina jeszcze czasy, gdy firmy z naiwnym CSRem rozdawały dzieciom odblaski i cukierki na początku roku szkolnego. Czasy społecznej wymiany walut, e-kantorowego biznesu kształtującego przestrzeń użyteczności elektronicznej i społecznej wymagają bardziej finezyjnych i intelektualnie dojrzalszych działań.

E-kantory zamiast akcji z dziećmi mogą na przykład wysłać mailem wiadomość o tym, co będę mógł kupić w kraju do którego pojadę, za walutę jaką właśnie wymieniłem. Czy wynajmę za to samochód, a może tylko skuter? Czy wezmę dzieci do restauracji, a może tylko do baru nad morzem? Tu w grę wchodzi już działanie strategiczne, wymagające pracy marketingowców świadomych potrzeb otoczenia.

To co społecznościowe staje się odpowiedzialne społecznie. Oczywiście mówimy tu o wyobrażeniach przyszłości. I owszem, wyczekuję czasów, gdy chciwość będzie passe. Ale jeśli miałbym doraźnie szukać dla niej przeciwwagi, to zacząłbym od  włączenia internetowej przeglądarki. Przyklikuję (sic!) rozwojowi e-kantorów, ale kolejnym CSR-owym akcjom z udziałem dzieci – już nie. To przerabialiśmy. Dzieci są drobne, a e-biznes to przecież grube pieniądze.

Paweł Oksanowicz, dziennikarz Radia PiN, prowadzi audycję BIZON
Paweł Oksanowicz, dziennikarz Radia PiN, prowadzi audycję BIZON
Podziel się

Facebook / Twitter / LinkedIn

Komentarze
Facebook Twitter LinkedIn