Czy ten dywan może latać? – cz.1

Czy ten dywan może latać? – cz.1

ŚWIAT PO

Ostatnie 30 lat w Polsce to jak rzeczywistość rynkowego formaldehydu, dzięki któremu zakonserwowaliśmy indywidualizm, żeby nie powiedzieć – egoizm w imię wolności.

Ostatnie 30 lat w Polsce to jak rzeczywistość rynkowego formaldehydu, dzięki któremu zakonserwowaliśmy indywidualizm, żeby nie powiedzieć – egoizm w imię wolności.

Pożegnanie ze starym światem będzie bolesne, ale wyzwoli w nas kreatywność. Wchodząc w kryzys musimy jednak pozbyć się złudzeń, że wolność jest ważniejsza niż niebezpieczeństwo. Oto, jak dokonuje się update mitu Solidarności i po czym poznać prawdziwych generałów.

Jakub Wygnański – socjolog, prezes Pracowni Badań i Innowacji Społecznych „Stocznia”, w rozmowie z Pawłem Oksanowiczem.

PAWEŁ OKSANOWICZ: Kiedyś usłyszałem, że socjologom najlepiej żyje się w czasach kryzysu. Materiału do przemyśleń nie brakuje. 

JAKUB WYGNAŃSKI: Przyznasz jednak, że dziennikarze, ludzie od informacji, również mają co robić. 

Zgadza się. O masę rzeczy chcę cię zapytać. Na początek – czy to już jest kryzys? Czy jeszcze powinniśmy żywić nadzieję, że normalność sprzed marca 2020 da się nadmuchać jak balonik, do poprzedniego wyglądu?

– Obecną sytuację z pewnością można traktować, jako rodzaj „kreatywnej destrukcji”. Z pewnością wolelibyśmy, aby była mniej bolesna, ale to nieuchronnie będzie boleć, to pewne, bo wychodzenie z kryzysu zawsze wiązało się ze stratami. Są jednak pewne pozytywne aspekty tej nauczki, jaką odbieramy. Pojęcia „nauczki” użyłem celowo – zakładam, że to nas zaboli i zapiecze, ale może staniemy się przez to choć trochę mądrzejsi. Mądrość będzie tym większa, im szybciej znajdziemy jakieś inne słowa niż lament, który nieuchronnie w nas wzbiera. Po jednej stronie równania już wiemy, że koszty będą ogromne. Ważne, żeby cokolwiek pojawiło się po drugiej… 

Czyli jednak – kryzys.

– Tak, mamy do czynienia z rzeczywistością nieomal apokaliptyczną. Nie tylko chodzi o sferę, która dzieje się niejako obiektywnie ale to, co „mamy w głowie”. Nie dotarliśmy do końca historii, lub – końca czasu, ale coś się kończy i zmienia. Teraz wszyscy mamy ręce pełne roboty i będziemy mieć jej więcej.  Może uda nam się jednak uniknąć okrutnej „pedagogiki potopu”. Metafora potopu zakłada, że świat, nie nadając się już do naprawy, musi ulec zniszczeniu i dopiero zerując system, można go stawiać na nowo. Może warto przypomnieć, że w biblijnej historii Noe uzyskał zapewnienie, że Bóg nie sprowadzi już na nas potopu. No cóż, przy naszych możliwościach możemy to zrobić sami. Zdaję sobie sprawę z siły oddziaływania tej diagnozy, może dla kogoś aż nazbyt pesymistycznej, ale po prostu trzeba stawić czoła rzeczywistości.  

Teraz szukam odrobiny nadziei. Jakie pozytywne cechy społeczne zauważasz podczas początku kryzysu w Polsce? Czy widać osławioną narodową mobilizację w czasach trudnych? Ale zastrzegam, że mówimy o składniku narodowego mitu. 

– Zacznę od tego, że koronawirus jest czymś innym niż katastroficzne warianty, które brałem pod uwagę. W moim myśleniu z półki „apokalipsa” kierowałem się bardziej ku już dawno przegranej przez nas grze w ekologię. Liczba apokaliptycznych zdarzeń w tym zbiorze, na które nie mamy wpływu, wyznaczają wszelkiego rodzaju ekstremalne zjawiska pogodowe. Dlaczego o tym mówię? Podczas heat wave, fali upałów w Chicago w 1995 roku, która doprowadziła do 739 zgonów w ciągu 5. dni, śmiertelność była znacznie niższa w społecznościach, które nawzajem się wspierały. Majętność nie miała znaczenia. Okazało się wtedy, że nie ma takiej infrastruktury miejskiej, ratunkowej, medycznej, o której możemy stwierdzić, że zawsze będzie wystarczająca. I teraz w Polsce też odkrywamy to, jak bardzo musimy polegać na sobie. Czyli, nie chodzi o hardware instytucji i rozwiązań, a software obywatelski. Nie neguję, jak ważne są teraz wszelkie służby publiczne, bez których epidemia pokiereszowałaby nas jeszcze bardziej boleśnie. Wskazuję tylko na wszystko inne, co nie jest delegowane na służbę zdrowia i mundurowych, a co obywatele wzięli w swoje ręce.  W ostateczności może się okazać, że w wielu sytuacjach najważniejsze jest nawet nie to, czy działają różne służby, ale to, czy znasz sąsiada i czy możesz na nim polegać. 

Czy jednak nie zauważasz tych, którzy tylko czekają na powrót dobrego sprzed? Chcą się obudzić z warunków systemowego snu, jakie stworzyła epidemia, ale do świata sprzed apokalipsy. Czy to możliwe? 

– Bardzo trudno byłoby mi znaleźć kogoś, kto sam siebie chce oszukiwać pod tym względem. Bo jednak wydaje mi się, że ludzie en masse przyjęli już dawkę nowej sytuacji w takiej ilości, że wiedzą, że dawne nie wróci. Przywołam bardzo silną metaforę myślenia o kryzysie, którą po 2008 roku skutecznie zniekształciliśmy. To znaczy, wielu ekonomistów twierdziło, że koniunktury są jak akty i przerwy w teatrze; przewidywalne. Podobnie z organizmem – skoro ze stanu zdrowia czasem wpadamy w stan choroby i z niej wychodzimy, to koniunkturę można potraktować tak samo. Czyżby gospodarce potrzeba było tylko czasu, medykamentów i rehabilitacji, by wyjść znowu na prostą? Upatruje w tym zasadniczy błąd. Może dla człowieka takie cykle są naturalne, ale jeśli chodzi o sposób urządzenia świata –  społeczeństwa, rynku, wzajemnych relacji – to taka kategoria normy jest już głęboko nieoczywista. Erich Fromm w książce „Zdrowie społeczeństwo” opisywał wojenną (II WŚ, przyp. red.) „patologię normalności”. Patologiczna normalność rozciąga się pomiędzy tym, co „wszyscy robią”, co staje się normą w rozumiem statystycznym, oraz normą jako kategorią etyczną – „tak powinno być”. Czyż dzisiaj nie doświadczamy sklejania statystki i normatywności? Gdy o prawdziwym sumieniu uczą nas dewianci? Być może to oni myślą o powrocie do przeszłości, jaką znali, do sytuacji przed kryzysu. I jeśli to oni zdecydują o kształcie świata po, to należy już tylko i wyłącznie liczyć się z powtórką z teraz – kolejnej epidemii, katastrofy naturalnej lub cyfrowej wojny. 

Jeśli takie myślenie zauważam u ludzi władzy, to jak to wpływa na zaufanie do tego, co robi państwo w czasie epidemii?

– To, że my nie ufamy naszemu państwu to jedna z naszych historycznych zaszłości, czyli 200. letniego treningu z egzystencji w nie-naszym, czasem wręcz okupacyjnym państwie. Konsekwencją jest podwójna moralność obywatelska, zmienność w grze z instytucjami, hakowanie reguł, cwaniactwo. W Polsce nie ma czegoś takiego jak przywiązanie do dobra wspólnego, nawet wzgląd na dobra publiczne. Czy ta kategoria ma dla nas znaczenie? Sytuacji nie ratuje patetyczna tromtadracja, foto pod flagą, wspólne modły. Jak to surowo opisał Norwid „Polska jest „pierwszy na planecie Naród i ostatnie społeczeństwo”. Możemy się wzruszać do symboli i śpiewać hymn na stadionie, ale codzienność wygląda zupełnie inaczej niż w relacjach z uroczystości. Nie dziwię się więc, że z zaufaniem do państwa jest często dość krucho, chociaż w sytuacji zagrożenia jakakolwiek refleksja karleje, bo chcemy poczuć się bezpiecznie. Istotna część naszej aktywności obywatelskiej ma niestety w pewnym sensie toksyczny i patologiczny wręcz charakter. Bazuje na roszczeniu, proteście, obronie swojego. Zupełnie błędnie założyliśmy, że dobro publiczne powstaje przez jakiś rodzaj „niewidzialnej ręki”, które tak właśnie ułoży nasze indywidualne i grupowe egoizmy. Niestety tak nie jest. To nasze złudzenie – wynik swoistego „ukąszenia rynkiem”. 

Czyli teraz tym bardziej stajemy wobec wyboru, co jest dla nas ważniejsze – bezpieczeństwo czy wolność, a nie – ufać państwu, bądź nie?

Ostatnie 30 lat w Polsce to jak rzeczywistość rynkowego formaldehydu, dzięki któremu zakonserwowaliśmy indywidualizm, żeby nie powiedzieć – egoizm w imię wolności. Wspólnotowość ledwie powstała z gniazda, jako składnik założycielskiego mitu Solidarności i nowego państwa, i – tyle. Dlatego sytuacje znane wcześniej – manipulacja informacją, zaciemnianie prawdziwego obrazu świata tym bardziej uchodzą na sucho, w myśl zasady „to nie moja sprawa”, a my przecież znowu wchodzimy w opcję skrajną, kategorię kryzysową egzystencji, zarządzania. Ludzie wtedy lgną do władzy, bo sądzą, że tak bezpieczniej, a każda władza żywi się pochwałą autorytaryzmu.

Czyli zawsze w sytuacji zagrożenia wybierzemy bezpieczeństwo nad wolność? 

– Tym bardziej wybierzemy, pozorne bezpieczeństwo zresztą. Tutaj przyda się lektura „Braci Karamazow” F. Dostojewskiego i umieszczona tam „Legenda o wielkim inkwizytorze”.  Przypomina nam ona, że ludzie postawieni przed tym wyborem – wolność czy spokój i wygoda, wybiorą te drugie. Gorzej, że właściwie kłopotliwy, może wręcz nieszczęsny okazał się dla nich „dar wolności”. Chętnie się go pozbędą. Tak być nie musi, ale to wymaga olbrzymiego wysiłku, odwagi, charakteru – bez nich ulegniemy sile ciążenia, grawitacji, która, no właśnie, pozbawi nas tej małej choćby cząstki „anielskości” i zredukuje wyłącznie do „zjadaczy chleba”. Owszem grozi nam skręt w stronę autorytaryzmu, bez miejsca na demokrację, życie w realiach permanentnego zarządzania kryzysowego. 

Jakub Wygnański: Władza, państwo nie są w stanie zapewnić nam wszystkiego, co potrzebne do życia i to wyraźnie widać.  Sytuacje kryzysowe, graniczne zawsze są srogą nauczką dla instytucji, które chciały uchodzić za omnipotentne. To jest prawda ogólna. Nie dotyczy tylko nas tu i teraz. Są momenty, kiedy giną pozory, kiedy dopada nas rzeczywistość. W momentach, gdy cierpimy na deficyty państwa, społeczeństwo musi się mobilizować. To są bardzo ważne punkty naszej historii. Przypomnę, że silnym społecznym wstrząsem i egzaminem, a zarazem bolesną nauczką po transformacji stała się powódź w 1997 roku. Na przykładzie Wrocławia było widać, że struktury administracyjne i państwowe nie mogły (i to jest bardzo łagodne sformułowanie) same sprostać sytuacji. Tylko bardzo szybka mobilizacja społeczna – wolontariatu, organizacji pozarządowych – pozwoliła na ratowanie tego, co się dało. Stało się to pierwszym, wielkim dowodem na istnienie społeczeństwa obywatelskiego; w pewnym sensie jego mit założycielki w okresie transformacji. A dosłownie kilka dni temu Boris Johnson poczuł się w obowiązku, żeby niejako „odwołać” pogląd wypowiedziany kiedyś przez Margaret Thatcher  i stwierdził „there is such a thing as society”. 

Czy trzeba nam kryzysów, aby społeczeństwo okazywało swą ontologię? 

– Gdy społeczeństwo przyjmuje na siebie moc uderzenia kataklizmu, zaczyna się refleksja z zakresu socjologii i etyki. W takich trudnych sytuacjach mówimy zawsze o momentach granicznych, które stawiają nas przed próbą. W realiach próby ujawnia się prawdziwa natura osób i instytucji, które powinny coś robić, bo były do tego szkolone, przygotowywane. Używając przenośni – są to generałowie wojska i ich armie. Czasem widać, niestety, że pozostają bezradni, nieudolni. Ale spotykam też ludzi, w których rodzi się owa „generalska”, przywódcza kompetencja. Właścicielka mikrobiznesu i butiku z craftowymi poduszkami w kilka dni zorganizowała coś w rodzaju ruchu społecznego szyjącego maski dla szpitali. (Działo się to w momencie kryzysu z wyposażeniem służby zdrowia w maski – przyp. PO). Rozmawiając z tą osobą, nie opuszczało mnie wrażenie, że mam do czynienia z generałem i autentyczną, integralną przywódczynią czegoś bardzo ważnego. Teraz ujawniają się tacy bohaterowie i bohaterki – to może być dyrektor szkoły, szefowa sklepu, lekarz czy lekarka, lokalny przedsiębiorca, magazynier, urzędnik, proboszcz i wielu innych. W tym samym momencie może jednak być tak, że ten, kto powinien stanąć na wysokości zadania, był to tego przygotowywany, odbył szkolenia, ma na ścianie dyplomy zaświadczające, że jest liderem, jednak nie zdaje egzaminu. Całość tej sytuacji osiąga poziom pewnego darwinizmu w kwestii przywództwa. To chwila prawdy. 

To pierwsza część rozmowy z Jakubem Wygnańskim. Drugą opublikujemy już za kilka dni, a w niej poznacie m.in. wyjaśnienie tytułu. Stay tuned.

Podziel się

Facebook / Twitter / LinkedIn

Komentarze
Facebook Twitter LinkedIn RSS