Czy ten dywan może latać – cz. 2

Czy ten dywan może latać – cz. 2

ŚWIAT PO

Ze swojego doświadczenia w różnych sytuacjach – chociaż nie tak dramatycznych jak obecna – wiem, że społeczne braterstwo (swoiste braterstwo broni) objawione i doświadczone dziś zostanie zapamiętane na długo. Teraz liczą się brokerzy zaufania – wiarygodni ludzie, którzy łączą środowiska.

Ze swojego doświadczenia w różnych sytuacjach – chociaż nie tak dramatycznych jak obecna – wiem, że społeczne braterstwo (swoiste braterstwo broni) objawione i doświadczone dziś zostanie zapamiętane na długo. Teraz liczą się brokerzy zaufania – wiarygodni ludzie, którzy łączą środowiska.

Część druga rozmowy z Jakubem Wygnańskim, socjologiem, prezesem Pracowni Badań i Innowacji Społecznych „Stocznia”, który odpowiada na pytania Pawła Oksanowicza.

Pierwszą część rozmowy znajdziecie tutaj – https://nienieodpowiedzialni.pl/czy-ten-dywan-moze-latac-cz-1/.

PAWEŁ OKSANOWICZ: W poprzedniej części naszej rozmowy zasugerowałeś, że właśnie skończyła się gra pozorów na zajmowane stanowiska. To finisz celebracji ważniactwa z nadania, wygody tzw. piastowania. Czy dobrze to zrozumiałem? 

JAKUB WYGNAŃSKI: Można to różnie określać, ale rzeczywistość sama weryfikuje kto kim jest i co może zrobić. Teraz okazuje się, że sytuacja kogoś przerasta, nawet, jeśli trzeba zrobić tylko troszeczkę więcej niż zazwyczaj. A nie daj Boże, że musi się dokonywać wyborów – komu pomóc, a kogo zostawić bez pomocy? Same instytucje także „stają w prawdzie”, jeśli użyć tego pop-teologicznego określenia. Przyznajmy, że do tej pory wiele instytucji funkcjonowało w trybie wyparcia – my mamy wolontariat, projekty charytatywne, wszystko działa jak należy. Mam w pamięci rozmowy z ludźmi z samorządów, z organizacji pozarządowych – co tak wspaniale określa też polska duszę – z których wynikało, że oni nie zauważali, że mają kłopot. Jakby percepcja zapaści pozostawała zablokowana. Teraz bardzo szybko wyleczą się z tej choroby. 

Dlaczego?

– Sytuacja graniczna, w jakiej się znajdujemy, podniosła metabolizm kreatywności, ale obnaża słabość. Przesuwają się granice bólu i odporności. Wzrasta tempo w pewnych dziedzinach życia: produkcji, usług, pomocy, organizacji społeczności. Ludzie na drukarkach 3D drukują przyłbice pielęgniarskie i części do respiratorów. Procesy przyśpieszyły nieprawdopodobnie. W tych dziedzinach to, co budowało się latami – relacje miedzy biznesem, NGO a ośrodkami akademickimi i co za bardzo nie działało, teraz wybucha z wielką energią. (Patrz – Koalicja firm wspierających walkę z koronawirusem Warsaw Genomics, przyp. red.). Trwa test.

Myślisz, że ta łatwość nawiązania połączeń, tworzenia sprawczych sojuszy pozostanie z nami na dłużej? 

– Ze swojego doświadczenia w różnych sytuacjach – chociaż nie tak dramatycznych jak obecna – wiem, że społeczne braterstwo (swoiste braterstwo broni) objawione i doświadczone dziś zostanie zapamiętane na długo. Teraz liczą się brokerzy zaufania – wiarygodni ludzie, którzy łączą środowiska. Pani, która szyje maski dla szpitali potrzebowała transportu materiałów do produkcji 1,5 tys. masek. Sama już ich nie udźwignęła. Firma transportowa zgodziła się podjąć zadania, ale szukali jakiejś instytucji, która może wziąć na siebie zadanie i formalnie być odbiorcą tego transportu. Jednocześnie da parasol spontanicznym i oddolnym działaniom. Tym razem to się udało – do współpracy przystąpiło PCK. W warunkach przed marcem 2020 samo budowanie takiego partnerstwa zajęłoby 2 lata i bardzo prawdopodobnie, że nic z tego by nie wyszło. W zeszłym tygodniu wystarczyły dwa telefony. 

Tylko dwa?

– Tak, bardzo ważne w takich sytuacjach jest to, czyje masz telefony i kto je odbiera. W teorii sieci to się nazywa „siła słabych ogniw” – ważne jest, kto operuje „na szwach”, kto łączy różne środowiska. Czasem na taką pozycję trzeba pracować latami, ale w takich sytuacjach jak obecnie, zaufanie jest absolutnie kluczowym katalizatorem działań. 

Do czego nam więc cały ten hardware? Czyli – po co nam państwo? Czy nie powinniśmy redefiniować jego roli w naszym życiu? Określić na nowo potrzeby obywateli i 3. sektora? 

– Państwo nadal w wielu sprawach będzie nam bardzo potrzebne.  Tu nie chodzi o anarchię – ta byłaby skrajną receptą na katastrofę. W próżnię, jaka zostaje po państwie owszem, pojawią się działania oddolne oparte na samopomocy, ale pojawi się też egoizm, przemoc, przestępczość (także zorganizowana). Już teraz we Włoszech mafia działa bardzo aktywnie w miejscach, gdzie państwo jest przeciążone i sparaliżowane. W USA tempo robienie zakupów broni wzrosło nieprawdopodobnie i bynajmniej tym razem nie dotyczy już tylko konserwatywnych radykałów.  Nie chodzi o to, żeby unieważniać Państwo (celowo z wielkiej litery, przyp. red.). Moimi bohaterami są bardzo często właśnie ludzie z administracji, z samorządu. Mam takie jedno miasto, które znam i widzę tam jak w soczewce, gdy instytucje samorządowe potrafią fantastycznie uruchomić różne zasoby i stawiać czoła problemom. Tu mówię o Dąbrowie Górniczej, ale takich miejsc i takich ludzi są setki i tysiące. Owszem, nie wszyscy urzędnicy, którzy – jeśli można tak powiedzieć – mają za grube palce, działają za wolno, są obezwładnieni przez absurdalne często, procedury. Do tej pory wszystko wpychali pod dywan. Oto nadszedł czas próby i teraz trzeba sprawdzić czy ten dywan po prostu umie latać.  

Co będzie, gdy okaże się, że nie poleci?

– Jeśli będą chcieli latać nim sami, to raczej nie poleci. Kluczem do skutecznego działania w tej sytuacji jest zdolność do harmonijnego połączenia wysiłków wielu aktorów.  Nam brakuje do tego gotowej partytury. Często musimy improwizować, ale z tego mogą wyjść całkiem zgrabne melodie i mówiąc „językiem dywanów” – desenie. Tu bardzo dużo zmienia się czasem na lepsze, czasem na gorsze. Szczególnym składnikiem dla tego rodzaju połączeń są organizacje pozarządowe. Ich relacje z samorządem budowane były latami i mają swoje złożone procedury. One z jednej strony porządkują relacje, z drugiej – krępują w sytuacjach takich jak ta. Obecnie mnóstwo organizacji pozarządowych finansowo zależy (jest wręcz uzależniona) od samorządu. Możemy porozmawiać kiedyś odrębnie, dlaczego tak się stało, bo to w dużej mierze wynika ze słabości polskiej filantropii, zarówno indywidualnej jak i korporacyjnej. Ale tak to urządziliśmy i teraz część organizacji społecznych masowo wchodząc w czerwone pole kryzysu zostanie potraktowana jako niezbędna ofiara. Znamy tego typu myślenie – „nie ma pieniędzy, musimy ciąć, nie wystarczy dla NGO”. Na to nakłada się sytuacja, gdy większość NGO w kraju znajduje się w kondycji, jaką określiłbym instytucjonalnym prekariatem. Żyją z grantów, liczą na sponsorów. Często są to też bardzo złe miejsca pracy. Niestety, takie organizacje będą bardzo szybko ofiarą tego, co się wyłoni po. 

Teraz część NGO próbuje też dostać się pod parasol ochrony rządowej, jako mikroprzedsiębiorstwa, co jest częścią walki o życie. Jednak, aby pozostawić akcent optymistyczny powiem, że te organizacje, które wyjdą cało z kryzysu na pewno opanują coś, co można nazwać sztuką odporności i niezależności. W pewnym sensie nie tylko my, jako indywidualne osoby, ale także, jako instytucje musimy wykształcić w sobie tę odporność. 

Jakub Wygnański: Prężnie działający prezydent Dąbrowy Górniczej ze świetnie dobranym zespołem zorganizował pomoc dla seniorów. NGO, który organizował tam biegi uliczne, teraz zaangażował sportowców-amatorów do roznoszenia koniecznej aprowizacji – w jedzenie i lekarstwa. Czyli, część NGO stara się wyrwać z roli ofiary i szuka wyjścia. Samorząd wtedy ma ułatwione zadanie – wie, które organizacje nie są problemem, ale stanowią rozwiązanie. 

I wreszcie skieruję nas ku odpowiedzi na pytanie – jak będzie wyglądała Polska po?

– Odwołam się do Manifestu Ekonomii Solidarnej, którego byłem współautorem. Został on ogłoszony w Stoczni Gdańskiej w 2008 roku. 21 punktów manifestu stanowiło swego rodzaju korektę transformacyjną, bo byłem i jestem przekonany, że musimy inaczej poukładać polską rzeczywistość gospodarczą i społeczną. Później instytucje państwowe de facto zredukowały ideę ekonomii społecznej do spółdzielni socjalnych i zatrudnienia socjalnego. Źle skręciliśmy. 

Idea tej ekonomii rezonuje „Etyką nikomachejską” Arystotelesa. Jest w niej mowa o pieniądzach – są o tyle użyteczne, o ile służą do czegoś innego – ważniejszego i większego. Nie stanowią wartości samej w sobie. I taki koncept pogodzenia się z rynkiem, który uznaje, że pieniądze są ważne, ale tylko dlatego, że dają coś więcej, wyłania się z dzisiejszego kryzysu. Dzięki nim można zrobić coś dobrego dla innych, realizować marzenia – pozwalają na rzeczy większe niż one same. Notabene, obecna sytuacja pandemii też na to wskazuje – że nie powinniśmy dać się zaczadzić pieniędzmi, bo epidemia dotyczy tak samo biednych i bogatych. Pokazuje, że nie ma takich pieniędzy, które pozwolą przetrwać. Odwrotnie – może okazać się, że to, co posiadasz, pociągnie cię w dół – to będzie radykalna lekcja z zakresu tego, co to znaczy „cost of ownership”. 

Na czym więc oprzeć przetrwanie, odporność, o której już wspomniałeś? 

– Istotą jest troska o suwerenność osób indywidualnych i organizacji. Tu znowu przywołam starożytne pojęcie autarkii, samowystarczalności rozumianej jako powiązania gospodarcze i społeczne na niedużym terytorium. Takie molekularne podejście obrazuje plaster miodu i nowy system organizacji społecznej, jaki wyłania się z obecnego kryzysu. Pierwsze zakony monastyczne realizowały założenia niezależności – oddać się swemu celowi i nikogo o nic nie prosić. Zresztą, modeli samowystarczalności istnieje całe mnóstwo. Natomiast nie chciałbym, abyśmy realizowali scenariusz osad komandosów, którzy w garażach i piwnicach rakietami chronią swoje zasoby i nie można zbliżyć się nawet na krok do takich twierdz. Czyżby taką drogą szły Stany Zjednoczone? Wolę rozwój banków czasu, platform wymiany sąsiedzkiej, które do tej pory traktowane były z przymrużeniem oka, jako fanaberia, naddatek do świata kupowania usług. Gdy dojdziemy do ściany – zmierzenia się z zapaścią gospodarczą – mogą być filarem przetrwania. W takich realiach pytanie o lokalną walutę pozostanie tak samo ważne, jak inny sposób wymiany usług, przedmiotów, umiejętności. Już powiedziałem, że w kryzysie prognozuję erupcję kreatywności w połączeniu z lokalnymi walutami, bo jeśli ktoś nie będzie miał pieniędzy, trzeba będzie otworzyć się na nowe sposoby współdziałania.  Czasem zresztą są to retro innowacje. Gdybyś mnie zapytał, czym ja się zajmuje przez ostatnie dni (poza udzielaniem wywiadów) to powiem, że z niewielką grupą przyjaciół i instytucji (w tym Klub Inteligencji Katolickiej i Fundacja Stocznia) staramy się uruchomić (odtworzyć) zdolność lokalnych parafii do koordynowania pomocy. Program nazywa się Wspólnoty Pomocy. To nie jest kolejna organizacja o charakterze ogólnopolskim, takim jak WOŚP czy Szlachetna Paczka. To jest raczej mechanizm uczenia się od siebie i swoistego „zrób to sam” parafii. Proszę zobaczyć tu – http://wspolnotypomocy.pl/. Sytuacja wymaga tego, żeby szukać nowych rozwiązań.  Musimy dążyć do tego, aby uzyskać odporność na wirusa indywidualnie oraz stan rezyliencji jako społeczeństwo. Bierzmy się do roboty. 

Podziel się

Facebook / Twitter / LinkedIn

Komentarze
Facebook Twitter LinkedIn RSS