Jałmużna w Dhace, czyli szklanka w połowie pusta

Jałmużna w Dhace, czyli szklanka w połowie pusta

Artykuły

Outsourcing w krajach azjatyckich, choć skazuje tamtejszych robotników na nikczemną płacę i złe warunki pracy, systematycznie przyczynia się do wzrostu wskaźników poziomu życia. Czy słusznie skazujemy się na piekło rozterek moralnych, zamiast po prostu cieszyć się ze zmiany na lepsze?

Outsourcing w krajach azjatyckich, choć skazuje tamtejszych robotników na nikczemną płacę i złe warunki pracy, systematycznie przyczynia się do wzrostu wskaźników poziomu życia. Czy słusznie skazujemy się na piekło rozterek moralnych, zamiast po prostu cieszyć się ze zmiany na lepsze?

Marek Rabij – dziennikarz i publicysta, członek redakcji Tygodnika Powszechnego

Outsourcing w krajach azjatyckich, choć skazuje tamtejszych robotników na nikczemną płacę i złe warunki pracy, systematycznie przyczynia się do wzrostu wskaźników poziomu życia. Czy słusznie skazujemy się na piekło rozterek moralnych, zamiast po prostu cieszyć się ze zmiany na lepsze?

Kiedy modły dobiegają końca, żebracy ustawiają się szeregiem wzdłuż płotu oddzielającego teren meczetu od ulicy. Jak w widowisku, w którym choreograf zaplanował każdy ruch aktorów, tłum niewidomych starców, dzieci ze zdeformowanymi kończynami i zdrowych na pierwszy rzut oka kobiet w kilkanaście sekund zmienia się w długą żebraczą linię oplatającą betonowy mur świątyni. Rzeka wiernych, która wylewa się z meczetu, przy głównej bramie rozlewa się na lewo i na prawo, płynie wzdłuż szeregu jałmużników i wkrótce w każdej z wystawionych dłoni ląduje datek. Nim upłynie kwadrans, chodnik przed Centralnym Meczetem Gulshan w Dhace ponownie opustoszeje ‒ na tyle oczywiście, na ile pusta może być ulica w jednym z najbardziej zatłoczonych miast świata, gdzie na kilometrze kwadratowym mieszka nawet 6-7 tys. osób.

Zakat (زكاة), czyli jałmużna, to jeden z pięciu filarów islamu. Pobożni muzułmanie traktują ją równie poważnie jak wyznanie wiary, modlitwę, post oraz pielgrzymkę do Mekki. W stolicy Bangladeszu okazji do wypełnienia tego obowiązku jest bez liku. Żebracy okupują każde większe skrzyżowanie, kręcą się przy targowiskach, przed wejściami do hoteli, czają się przy bankomatach i opodal lepszych sklepów, a w godzinach szczytu siedzą jak na grzędach na betonowych zaporach, które oddzielają pasy ruchu głównych arterii Dhaki. Badania zamówione przez władze miasta w 2011 r. szacowały liczbę żebraków na co najmniej 40 tys., ale sami autorzy zastrzegali, że przyjęli w swych wyliczeniach skrajnie ostrożne założenia. Umiejętność odróżnienia prawdziwego nędzarza od tego, który go jedynie udaje na zlecenie któregoś z setek ulicznych gangów wyłudzaczy, stała się w Dhace na tyle cenna, że oczekuje się jej nawet od kandydatów na szoferów. Mało kto pyta natomiast o prawo jazdy.

Jeśli jesteś pobożnym muzułmaninem, któremu Wszechmogący nie żałował błogosławieństw, w Bangladeszu możesz wręczać jałmużnę jeszcze w jeden sposób: dając ludziom pracę w swojej fabryce.

Mówiące narzędzia

‒ W tej chwili zatrudniam tysiąc osób. Ich łączne miesięczne zarobki to równowartość mojej jednej pensji. W ten sposób łatwiej mi zapamiętać, ile kosztują ludzie ‒ opowiadał mi niedawno znajomy właściciel kilku fabryk w Dhace. 

Nie odniosłem wrażenia, że były to czcze przechwałki. Człowiek obracający miesięcznie milionami po prostu zdradzał szczegóły swej biznesowej kuchni. Rzecz jasna, rozmówca nie widział w tak dużej dysproporcji płac niczego zdrożnego. W piramidzie celów, które wyznaczył sobie jako przedsiębiorca, pracownicy nigdy nie stanowili przecież podmiotu. W starożytnym Rzymie terminem instrumentum vocale (łac. narzędzie, które potrafi mówić) określano niewolników. W Bangladeszu retorykę stosunków społecznych buduje nadal islam ze swoją narracją o braciach w wierze, nikt zatem oficjalnie nie ośmieli się zrównać pracowników z narzędziami, w gruncie rzeczy do tego jednak sprowadza się istota łączących ich relacji. W państwie o obszarze porównywalnym mniej więcej z byłą Czechosłowacją, ale zamieszkiwanym przez ponad 162 mln osób (oficjalnie, bo poza protokołem bangladescy politycy mówią już nawet o 200 mln), z dzietnością sięgającą nadal blisko 4 urodzin na kobietę, nie ma szans na choćby chwilową stabilizację gry podaży i popytu na pracę. Bez pracy nie ma jedzenia i domu, a bez tego nie ma normalnego życia. W ten prosty sposób pracodawcy stali się panami życia i śmierci bangladeskiej biedoty. I to nie w przenośni, lecz dosłownie.

Kiedy po raz pierwszy pojechałem do tego kraju wiosną 2013 r., tuż po zawaleniu się budynku Rana Plaza na dalekich przedmieściach Dhaki, w którym mieściło się kilka fabryk odzieżowych, pracownice sektora odzieżowego protestowały głównie przeciwko warunkom pracy zagrażającym ich zdrowiu i życiu. W chwili gdy piszę te słowa, w połowie stycznia, na ulicach stolicy znowu trwają protesty szwaczek. Personel fabryk odzieżowych od kilku dni blokuje dojazd do zakładów, policja ostrzeliwuje strajkujących gazem łzawiącym i gumowymi kulami, ale szwaczki nie chcą ustąpić. Żądają podwyżek, i to w niespełna miesiąc po podniesieniu przez rząd pensji minimalnej z około 63 do 95 dolarów.

Postulaty poprawy warunków pracy zniknęły ze sztandarów, ale nie wyciągajmy z tego pochopnie wniosków, że zmiany na lepsze wymusiła reakcja zachodniej opinii publicznej na katastrofę Rana Plaza. Bangladeskie fabryki już nie płoną ani nie grzebią w swych ruinach setek robotnic, bo te zakłady, które mogły spłonąć lub się zawalić, dawno wypadły z rynkowego wyścigu o zlecenia. W wielkim biznesie, gdzie walczy się o każdy cent, najważniejszy jest efekt skali, a tego nie sposób wypracować, kiedy w każdej chwili sufit może zwalić się na głowę. Dobór naturalny, którzy przetrzebił branżę odzieżową w Bangladeszu, odbywał się zatem podług kryteriów ustalonych przez wymagania zleceniodawców, którzy oczekują jak najtańszego towaru, ale w jak najlepszej i do tego powtarzalnej jakości. Jeśli zyskali na tym również pracownicy, to jedynie przy okazji.

Fot. Marek Rabij

Miejsce przy stole

W ten sposób wracamy do punktu wyjścia ‒ czyli do jałmużny. Politycy rządzącej partii Awami League lubią przekonywać, że Ludowa Republika Bangladeszu wstąpiła dzięki nim na tę samą ścieżkę cywilizacyjnego rozwoju, któremu pobliskie Chiny zawdzięczają błyskawiczny, bo dokonany w 40 lat powrót do rangi globalnego mocarstwa.

We wrześniu ubiegłego roku, kiedy kampania przed zarządzonymi na 30 grudnia wyborami nabierała rumieńców, rząd ogłosił, że od 1 grudnia podniesie pensję minimalną, i to od razu aż o 51%. Tego, że decyzja jest kiełbasą wyborczą, rządzący nawet nie ukrywali. Przeciwnie, podkreślali, że pracownikom branży wytwarzającej blisko 80% bangladeskiego PKB po prostu należy się większa porcja owoców sukcesu gospodarczego ich ojczyzny.

Z produktem krajowym rosnącym w tempie 7,8% rocznie Bangladesz istotnie należy dziś do najszybciej rozwijających się krajów świata, co chętnie przypomina w każdym przemówieniu premier Sheik Hasina Wajed. Systematycznie maleje także śmiertelność niemowląt, wskaźniki analfabetyzmu, rośnie odsetek dzieci, które przechodzą kompletne szczepienia lub nie porzucają nauki przed ukończeniem szkoły podstawowej, i inne wskaźniki świadczące o rosnącym poziomie życia. Poprawie ulega oczywiście również stan infrastruktury. Lotnisko w Dhace z roku na rok coraz mniej przypomina prowincjonalny dworzec autobusowy. Przyspieszają internet i sieci komórkowe, a reprezentacyjne dzielnice Gulshan i Banani pną się w niebo kolejnymi drapaczami chmur, do których wprowadzają się nowe przedstawicielstwa międzynarodowych korporacji.

Szklanka w połowie pusta

Ale Dhaka, tak jak cały Bangladesz, ma nadal dwa oblicza. Żebraków przegnano w inne miejsca, bo są ich tu wciąż dziesiątki tysięcy. Śmieci zebrano z reprezentacyjnych punktów miasta, przez co w innych miejscach piętrzą się teraz większymi stertami. A w slumsach starych robotniczych dzielnic Mirpur, Hazaribagh czy Narayanganj mieszkańcy słuchają o podwyżce pensji minimalnej jak opowieści o żelaznym wilku, bo to w Bangladeszu bardziej wytyczna niż przepis. Różnice wysokości zarobków mogą nadal sięgać tu nawet 50-100% i to w dwóch zakładach mieszczących się po obu stronach tej samej ulicy, bo tylko od właściciela zależy, czy zechce płacić, jak przepisy nakazują, czy utrzyma pensje na dotychczasowym poziomie. Rynek pracy niczego tu nie wyrówna z prostej przyczyny: nie istnieje. Jest tylko stała nadpodaż rąk do pracy, o takiej skali, że nawet zblatowani z rządem ekonomiści w swoich peanach na cześć rozwoju kraju pomijają oficjalne dane o stopie bezrobocia (4,37), żeby nie narażać się na śmieszność. Do stolicy wciąż przenosi się co roku około 400 tys. mieszkańców ubogich terenów wiejskich, którzy właśnie tu chcą śnić sen o pucybucie, który zostanie milionerem. Albo przynajmniej wystarczy mu do kolejnej wypłaty.

Rząd oczywiście wie, że pensja minimalna to puste hasło, ale dla władz gwarantem stabilności politycznej i gospodarczej kraju nie są biedne masy, lecz finansowe elity, do kieszeni których spływa większość z około 30 mld dol., jakie zostawiają w kraju zagraniczne sieci odzieżowe. Gdyby było inaczej, władza nie wysłałaby policji na strajkujących, lecz kontrolerów do fabryk, by sprawdzili, czy protestujący nie mają aby racji. Ale to się oczywiście nie wydarzy. W systemie polityczno-gospodarczym stworzonym wspólnie przez biznes i politykę to właśnie akt jałmużny stał się jeszcze jednym narzędziem socjotechniki: dopuszczenie do obfitego stołu prosperity kolejnych biesiadników ma uczynić ich ideologicznymi sojusznikami w walce z islamskimi radykałami, którzy chcieliby narzucić krajowi ostre reguły szariatu i odrzucić nowoczesność.

Najprościej byłoby oczywiście odrzucić także całą tę układankę w szlachetnym, ale  bezproduktywnym akcie etycznego ekstremizmu. Wykazać, że pensje rosną i tak wolniej od cen żywności i kosztów najmu mieszkań, należących zresztą w większości do właścicieli fabryk. Przypomnieć, że strajkujące szwaczki za godziwą podwyżkę pensji minimalnej nie uznały 95 dol. miesięcznie, ale 190, bo tylko wtedy ich życie zasługiwałoby na miano bytu, a nie wegetacji. Od połowy lat 90. zeszłego stulecia, kiedy zaczęła się przygoda kraju z biznesem odzieżowym, wskaźnik Giniego ilustrujący nierówności dochodowe utrzymuje się w Bangladeszu na niezmiennie wysokim poziomie około 33 punktów.

Dla pełnego obrazu trzeba jednak przywołać jeszcze jedną liczbę ‒ 1,5 miliona. Prawdopodobnie tyle istnień ludzkich pochłonęła w tym kraju ostatnia fala głodu. Dla mieszkańców Bangladeszu tamte wydarzenia to nie wypis z dawnych dziejów. Miały miejsce jesienią 1974 r.

Czy w takim kontekście bangladeską szklankę naprawdę można nazwać w połowie pustą?

ARTYKUŁ ZOSTAŁ OPUBLIKOWANY W 6 NUMERZE BEZPŁATNEJ GAZETY NIENIEODPOWIEDZIALNI – ZAMÓW GAZETĘ.

Zdjęcia – Marek Rabij.

Podziel się

Facebook / Twitter / LinkedIn

Komentarze
Facebook Twitter LinkedIn RSS