Pora na bankowy coming out

Pora na bankowy coming out

Artykuły

Czy kolejna fala narzekania na nieetyczność banków przyczyni się do istotnych zmian? Z perfidną przyjemnością czyta się ciągle nowe teksty z tytułami podobnie brzmiącymi jak ten sprzed kilku dni: „W Polsce bankowcy etyki nie posiadają”. Powoli jednak widać, że zgodnie z przekonaniem niektórych – głównie tych optymistycznie nastawionych obywateli – o długoterminowej nieopłacalności nieetycznych zachowań banki w końcu zaczynają same doświadczać konsekwencji swych nieodpowiedzialnych działań.

Czy kolejna fala narzekania na nieetyczność banków przyczyni się do istotnych zmian? Z perfidną przyjemnością czyta się ciągle nowe teksty z tytułami podobnie brzmiącymi jak ten sprzed kilku dni: „W Polsce bankowcy etyki nie posiadają”. Powoli jednak widać, że zgodnie z przekonaniem niektórych – głównie tych optymistycznie nastawionych obywateli – o długoterminowej nieopłacalności nieetycznych zachowań banki w końcu zaczynają same doświadczać konsekwencji swych nieodpowiedzialnych działań.

Christine Lagarde z IMF, coraz bardziej wyrazista przywódczyni w świecie biznesu, powiedziała ostatnio w Davos, że rozwijający się przed nami rok 2015 będzie przełomowy (a make-or-break year) dla całej globalnej wspólnoty. Zapowiedziała silną presję na kolejne regulacje w sektorze finansowym, ale przede wszystkim zwróciła uwagę na niezbędne zmiany na poziomie całościowej kultury organizacyjnej w świecie finansów.

Chodzi o sposób myślenia o działalności branży, o celach, które powinna branża realizować. Podstawowym zadaniem sektora finansowego – jak twierdzi Christine Lagarde – jest bowiem świadczenie usług innym podmiotom gospodarki, a to nie jest możliwe, o ile te inne podmioty, których istnienie i rozwój często zależy od infrastruktury finansowej, nie odbudują zaufania do branży finansowej. Odbudowa zaufania jest zaś możliwa tylko wtedy, gdy wszystkie instytucje finansowe zaczną rzeczywiście przestrzegać podstawowe zasady etyki i odpowiedzialności.

STRATEGIA KOTÓW W WORKU

To oczywiście nie jedyna osoba, która o tym mówi, choć być może najbardziej wpływowa. O potrzebie zaufania od kilku lat już mówią przedstawiciele instytucji finansowych, banków, i na świecie, i w Polsce. Tylko mówią. Zaufanie – jak im się wydaje – jest jakimś magicznym stanem, który można osiągnąć, jeżeli się zorganizuje kilka kampanii wizerunkowych lub będzie się przekonywało w mediach, że banki naprawdę są instytucjami zaufania publicznego. Ciekawe, co by wyszło w poważnym badaniu opinii publicznej, gdyby zadano np. takie pytanie: Czy banki w Polsce postępowały odpowiedzialnie wobec swoich klientów, sprzedając takie produkty jak polisolokaty, opcje walutowe, kredyty hipoteczne denominowane we frankach? Gdyby kierować to pytanie tylko do tzw. informed public, czyli tych, którzy rozumieją pytanie i mają jakąś wiedzę na ten temat, to  przypuszczam, że niewiele by znalazło się osób przekonanych o odpowiedzialnym postępowaniu banków. Czyżby to miał być dowód na to, że nieodpowiedzialność wobec klientów jest warunkiem prowadzenia biznesu i osiągania bardzo wysokiego zysku?

Czy kolejna fala narzekania na nieetyczność banków przyczyni się do istotnych zmian? Z perfidną przyjemnością czyta się ciągle nowe teksty z tytułami podobnie brzmiącymi jak ten sprzed kilku dni: „W Polsce bankowcy etyki nie posiadają”. Powoli jednak widać, że zgodnie z przekonaniem niektórych – głównie tych optymistycznie nastawionych obywateli – o długoterminowej nieopłacalności nieetycznych zachowań banki w końcu zaczynają same doświadczać konsekwencji swych nieodpowiedzialnych działań. Dopóki doświadczenie to dotyczyło wyłącznie klientów, nikt nie miał prawa myśleć, że cokolwiek się zmieni. Ale teraz to całkiem inna sytuacja. Oto właśnie doczekaliśmy się czasów, gdy banki coraz chętniej wycofują się ze swoich własnych postanowień i stają się coraz łaskawsze dla swoich klientów. Obniżają marże i spready, a nawet dobrowolnie proponują różne udogodnienia niezmiernie zdziwionym klientom. Oznacza to, że główna strategia polskiej bankowości zaczyna się chwiać.

To, jaka ona jest, można obserwować już od kilkunastu lat. W pewnym uproszczeniu nazwijmy ją strategią „kotów w worku”. Taka strategia wynika z przekonania, że sprzeczność interesów jest nieunikniona, a nawet ulubiona wśród obywateli tego kraju, zaś wygrać cokolwiek można tylko wtedy, gdy uda się wciągnąć wszystkich we wzajemne konflikty. Jeżeli np. napuścimy frankowiczów na złotówkowiczów, to kłótniom nie będzie końca. Od kilku lat tak właśnie wyglądają fora internetowe, gdy tylko ktokolwiek cokolwiek napisze na temat kredytów hipotecznych – zwykle stawiając jakieś absurdalne postulaty, aby tylko rozwścieczyć czytelników. Pomocnikami takiej strategii są zawsze nadworni eksperci od biznesu, którzy opowiadają niezmiennie od lat o pięknych zasadach wolnego rynku, dziennikarze ekonomiczni piszący swe wspaniałe, obiektywne rekomendacje całkiem niezależne od materiałów informacyjnych podsyłanych przez banki, czy pracownicy naukowi, którzy do swoich mizernych wynagrodzeń dorabiają służbą w agencjach doradczych.

BANKI ZNALAZŁY SIĘ POD ŚCIANĄ

Strategia nie jest oczywiście innowacyjna i wiele innych podmiotów lubi ją stosować (jak łatwo np. możemy napuścić wszystkich obywateli na górników i ich przywileje, albo na lekarzy rodzinnych), bo każde, choćby pobieżne badanie oczekiwań społecznych pokazuje, że przede wszystkim kieruje nami bezinteresowna zawiść i pilnowanie, żeby inni nie mieli lepiej w czymkolwiek. Wtedy spokojnie można skupiać się na tym, co jeszcze pół wieku temu wydawało się oczywiste, a naszym menedżerom nadal takie się wydaje – czyli na maksymalizowaniu korzyści dla siebie i akcjonariuszy (w takiej właśnie kolejności). Czy jednak rzeczywiście widać objawy zmiany głównej strategii polskiej bankowości? I nie chodzi bynajmniej o jakieś zasadnicze przeorientowanie z budowania szybkiej wartości dla akcjonariuszy na budowanie zrównoważonej wartości dla interesariuszy.

Sądząc tylko po tym, co między wierszami przewija się w wypowiedziach, można zauważyć, że nieśmiało pojawia się temat – przynajmniej w niektórych bankach – ewentualnej konieczności wzrostu kapitałów na ryzyko rynkowe, spowodowane skokiem wartości franka. Prawdopodobnie doprowadzi to do konieczności zatrzymania ubiegłorocznych zysków w większej części, niż było planowane. Niektórzy przewidują też, że zagrożone portfele kredytów walutowych przyczynią się do pogarszania ocen dotyczących perspektyw rynku finansowego i ratingu konkretnych podmiotów tego rynku. Banki, przynajmniej niektóre, stoją – po szoku frankowym – w obliczu coraz większych i coraz bardziej złożonych zagrożeń. Może więc, zamiast tworzenia zasłony dymnej o wyłącznej odpowiedzialności klienta i doprowadzania do bratobójczych walk na forach internetowych, zobaczymy teraz całkiem inną twarz bankowości – uczciwą i odpowiedzialną, frontem do klienta? Przypominają się słowa wypowiedziane przez znanego autora Thomasa Friedmana: „Ludzie nie zmieniają się wtedy, gdy im się mówi, że powinni, ale wtedy, gdy kontekst, w jakim się znaleźli, zmusza ich do tego”. Czy zatem banki znalazły się już pod ścianą?

W różnych wypowiedziach coraz częściej wskazuje się na te rzeczywiste problemy – bo przecież nie chodzi tu tylko o rosnące raty kredytów i dopominanie się o jakąś doraźną pomoc od państwa, lecz o wychodzące na światło dzienne błędy, dokonywane przez kadrę zarządzającą w bankach, szczególnie w latach 2006-2008, dotyczące szeregu niedozwolonych praktyk. Adwokaci „poczuli krew” i odważnie zabierają się do szykowania pozwów w imieniu swoich klientów. Mam wrażenie, słuchając różnych znajomych, że jeszcze nigdy nie było tak wielkiej chęci w środowisku prawniczym do tego, by w końcu zmusić banki do podzielenia się swymi miliardowymi zyskami. To naprawdę wygląda na pospolite ruszenie w stadium początkowym. I chodzi o duże pieniądze.

Być może doczekamy się też bardziej odważnej reakcji ze strony liderów bankowości, np. heroicznego przyznania się do błędów i wypaczeń, przyjęcia dobrowolnej pokuty (medialnej) i zwrócenia się do zasad etyki, jako busoli, która ma pozwalać na dobór tylko takich produktów, które naprawdę służą klientom – krótkofalowo i długofalowo. I liczyć na miłosierdzie ze strony społeczeństwa. Ponad pięć lat temu już był taki incydent, gdy prezes dużego banku na polskim rynku mówił w wywiadzie, że banki nie powinny iść w kredyty hipoteczne, sprzedając sztucznie tani produkt dostępny dla każdego, że to powinno być zabronione. Nawoływał też, żeby nie oszukiwać klientów, nie manipulować, nie konkurować brakiem przejrzystości oferty, nie wykorzystywać tego, że klienci nie mają pełnej orientacji w świecie bankowości. Występował w ich obronie. To było naprawdę wielkie zdziwienie. Później okazało się, że w ten sposób pożegnał się z polskim rynkiem, bo centrala awansowała go na poziom globalny. Dając wywiad, musiał już o tym wiedzieć. Kto następny, kto zdecyduje się na bankowy „coming out”? Każda zmiana musi być przecież poprzedzona oczyszczeniem.

P.S. Nie jestem uzależniony od kredytu frankowego.

Dr hab. Bolesław Rok, Dyrektor Centrum Etyki Biznesu i Innowacji Społecznych, Akademia Leona Koźmińskiego
Dr hab. Bolesław Rok, Dyrektor Centrum Etyki Biznesu i Innowacji Społecznych, Akademia Leona Koźmińskiego
Podziel się

Facebook / Twitter / LinkedIn

Komentarze
Facebook Twitter LinkedIn RSS