Samotne banany

Samotne banany

Artykuły

Taki mój mały nieszkodliwy fiś. I kiedy w sklepie elegancka pani obok mnie wybiera tylko kiście bananów, z obrzydzeniem odsuwając te pojedyncze, ja – też elegancka! – troskliwie wybieram bananowe sierotki i zabieram je do domu. Mam poczucie spełnienia misji, bo samotne banany szybciej się psują i niekupione zostaną po prostu wyrzucone do śmietnika.

Taki mój mały nieszkodliwy fiś. I kiedy w sklepie elegancka pani obok mnie wybiera tylko kiście bananów, z obrzydzeniem odsuwając te pojedyncze, ja – też elegancka! – troskliwie wybieram bananowe sierotki i zabieram je do domu. Mam poczucie spełnienia misji, bo samotne banany szybciej się psują i niekupione zostaną po prostu wyrzucone do śmietnika.

Sylwia Małecka – specjalistka ds. marketingu w Iveco Poland sp. z o.o.

Wypowiedzmy wojnę zachłanności, która tak często wpędza nas w poczucie winy.

Wizyta w supermarkecie to dla mnie traumatyczne przeżycie. Błąkam się między alejkami z regałami wysokimi jak Mount Blanc. Na każdej półce ilość towaru, która zaspokaja potrzeby kilku rodzin. Zrozpaczona staję przed rzędami proszków i płynów do prania. Konieczność wyboru mnie paraliżuje. Przecież ja tylko potrzebuję wyprać! Moje ubrania raczej nie mają uczuć i powinno im być wszystko jedno, czy pachną lawendą lub czy ich włókna będą elastyczne i miękkie. W pośpiechu łapię olbrzymią butlę z turkusowym płynem i kątem oka zauważam, że jest przeznaczony do prania kolorowych ubrań. A co z białymi? Znów koszmar wybierania. Zrezygnowana przesuwam się boczkiem do półki z butlami i worami proszków, które sprawią, że podkoszulki męża i inna garderoba córki będą lśniąco białe i wywołają zazdrość u znajomych. Wybieram proszek z zamkniętymi oczami, licząc, że los się nade mną zlituje i dokona właściwego wyboru. Z ulgą pcham wózek i zdążam do kasy. Jeszcze tylko jeden zakręt, zapłata i będę mogła pojechać do domu! Tylko że za rogiem jest małe stoisko promocyjne i przeurocza pani zachęca mnie do skosztowania nowego kremowego serka. Ponieważ z natury jestem miłą osobą i nie lubię sprawiać innym przykrości, to zjadam tę mikroskopijną porcję i nieopatrznie chwalę smak. Pani uwalnia swój instynkt łowcy-drapieżnika i z rozbrajającym uśmiechem mnie informuje, że teraz w promocji są czteropaki w cenie trzech, więc tylko brać! Jest tak konsekwentna w namawianiu mnie, że ze strachu (boję się odmówić!) potulnie wrzucam do kosza ten cholerny czteropak. W domu smętnie przyglądam się przytarganym torbom i zastanawiam po raz kolejny, po diabła kupiłam tyle tego.

Czy pamiętają państwo reklamę Black Friday IKEA? Stworzyli kolekcję „Przyda się”, w skład której wchodziła „Dawno nieotwierana szafa z nieużywanymi ubraniami”, „Dawno zapomniane akcesoria dziecięce ze strychu”, „Długoleżący komplet jadalniany z piwnicy” i „Nigdy nieużywane akcesoria kuchenne”. I tak siedząc i patrząc na torby z zakupami (przypominam – torby wielorazowe!), pomyślałam, że mój wkład w podobną kolekcję mógły mieć tytuł „Opłaca się, więc kupię na zapas”.

Wiele informacji wpędza mnie w poczucie winy. Jedną z nich jest ta, że w Europie marnuje się tyle żywności, że każdy z nas, gdy idzie do sklepu, może co czwarte zakupy od razu wyrzucić. To jak walnięcie młotkiem w głowę – proszę sobie wyobrazić: co czwarte zakupy spożywcze możecie zaraz po wyjściu ze sklepu wrzucić do kosza na śmieci! Nasze marnotrawstwo jest niewyobrażalne! Sama się do tego przykładam! Ten wieczór po zakupach (trzecich, więc jeszcze ich statystycznie nie zmarnuję) był poświęcony przemyśleniom – co tu zrobić zgodnie z moją filozofią, że będę walczyć na swoim małym poletku Ziemi (własne warzywa, segregowanie śmieci, silnik Euro 6 w małym samochodzie i żadnych plastikowych sztucców!)? Jakie podjąć kroki? Po prawie bezsennej nocy wypracowałam swój własny program, którego zamierzałam się trzymać. Krok po kroku realizuję swoje postanowienia.

Krok 1. Zakupy z kartką. Już słyszę lament, że po co, że łatwo zgubić, że czasami wpadamy tylko na małe zakupy, więc po co planować? Nie, nie – właśnie te „małe zakupy” mogą urosnąć do wielkich. Do zakupów trzeba się przygotować. To walka z reklamami, promocjami i kompulsywnym kupowaniem. Przed starciem z hipermarketem lub zwykłym sklepem osiedlowym sprawdzamy lodówkę. Masło jest? Druga kostka w zamrażarce? W porządku, masła nie potrzebujemy. Mleko? Mamy dwie butelki i jeżeli nie jesteśmy karmiącą matką, to wystarczy. Ser żółty? Wędlina? Chleb? I tak po kolei sprawdzamy. Ja jeszcze w ramach niemarnowania żywności namiętnie kupuję samotne banany. Taki mój mały nieszkodliwy fiś. I kiedy w sklepie elegancka pani obok mnie wybiera tylko kiście bananów, z obrzydzeniem odsuwając te pojedyncze, ja – też elegancka! – troskliwie wybieram bananowe sierotki i zabieram je do domu. Mam poczucie spełnienia misji, bo samotne banany szybciej się psują i niekupione zostaną po prostu wyrzucone do śmietnika.

Krok 2. Nasza szafa z ubraniami. Otwieramy butelkę wina i wraz z nią i kieliszkiem stajemy przed szafą. Głęboki wdech, łyk wina i zabieramy się do walki. Wywalamy ubrania na podłogę i przeglądamy. Nienoszone przez rok ubrania oddajemy. Na pewno ich już nie założymy. To samo ze spodniami lub spódnicami, do których mamy schudnąć. Trzeba być odważnym i przyznać się przed samym sobą, że to nigdy nie nastąpi (wiem z doświadczenia). Konsekwentnie odkładamy ubrania z kategorii „Przyda się kiedyś”. To, co zostaje (jestem pewna, że wciąż dużo), znów przeglądamy i zostawiamy tylko ubrania, które lubimy, w których się dobrze czujemy i które są niezbędne do pracy. Reszta do wora. Na lekkim rauszu (walka z samym sobą jest wyczerpująca i pewnie już drugie wino jest naszym wsparciem) wleczemy wory do przedpokoju.

Krok 3. Samodoskonalenie się. Sezony wyprzedaży następują częściej niż pory roku. Prędzej czy później będziemy na pierwszej linii frontu walki z ofertami. Jak przetrwać to starcie? Wizualizacja przykładu: widzimy piękną sukienkę, która wprost sama pakuje się nam do torby z logo sklepu. Odważnie podchodzimy do sukienki, dotykamy lub sprawdzamy jakość materiału i trzymając materiał w ręku, zadajemy sobie na głos pytanie: „Czy jest mi to potrzebne?”. Gwarantuję, że 9 na 10 odpowiedzi będzie brzmiała: „Nie”. I jeszcze taka rada – za głośno nie można pytać, bo ludzie w sklepie nieufnie podchodzą do gadających do siebie. Ale skuteczność metody jest bardzo wysoka.

Krok 4. Wytrwanie w postanowieniach. Uuuuuu, szczerze? Na początku będzie ciężko, nawet bardzo. W tej walce odniesiemy wiele ran, ale apeluję – nie poddawajcie się! Nastapi dzień, kiedy wściekle głodni będziecie szukali w lodówce hermetycznie zapakowanej wędliny i jej nie znajdziecie. I że trzeba będzie nakarmić gromadę wiecznie głodnych nastolatków, a zamiast udźca mamuta w lodówce będzie tylko podwiędnięta sałata i puszka ciecierzycy. I będziecie szukali ulubionej koszulki z nadrukiem Iron Maiden, którą trzy miesiące wcześniej wsadziliście do worka z ubraniami „do oddania”. Jak to przeżyć? Głęboki oddech, tłumione przekleństwo w myślach i wzruszenie ramion. I do przodu!

Kiedy opanujemy nasze łowiecko-zbieracze instynkty w domu, zaczynamy walkę na polu biznesowym. W biurze nie gubimy plastikowych długopisów. Wiem, że najłatwiej by było je mieć na łańcuchu, żeby żaden roztrzepany kolega nie świsnął nam z biurka piątej sztuki w tym tygodniu, ale tak raczej się nie da. Tu potrzeba koncentracji i konsekwentnego odkładania na miejsce. Nie wyrzucamy papierów do kosza. Segregujemy – te z poufnymi informacjami (które trzeba zniszczyć) wrzucamy do niszczarki. Te proste urządzenia ma każda szanująca się firma. Najlepszym rozwiązaniem jest powierzenie tej czynności wyspecjalizowanym firmom. Albo postawią specjalne kosze na niepotrzebne dokumenty, które jak się zapełnią, zostaną zabrane, albo przyjadą i zniszczą papiery w mobilnych niszczarkach. Część papierów można zabrać i zanieść do przedszkola dziecka (dzieci mają niesamowitą zdolność zużywania kartek do rysowania). Broń Boże, nie zachęcam do wynoszenia tabel z budżetem i planów sprzedaży w kolorowych tabelkach Excela – na początek wybierzcie kilka zużytych kartek, a z czasem nabierzecie nawyku i umiejętności segregacji danych. O plastikowych sztućcach i kubeczkach pisałam już, więc uważam temat za zamknięty – po prostu mówimy im „nie”.

Nie wszystkie firmy mogą zapewnić pracownikom stołówkę i nie każda ma siedzibę w Mordorze – ze wszystkimi plusami i minusami lokalizacji. Plusem jest możliwość wychodzenia na lunche. W większości biur najpopularniejszy jest Pan Kanapka lub dowóz dań w styropianowych albo plastikowych pojemnikach. Te pojemniki straszą mnie tak samo jak zapalona lampka rezerwy paliwa w moim samochodzie. Kiedy widzę, jak po jednym dniu wypełzają z szafki pod zlewem w firmowej kuchni (bo w koszu nie ma już na nie miejsca), jak łypią na mnie złośliwie, to mam ochotę przejść na Ciemną Stronę Mocy. Żądza mordu tych styropianowych tacek zaślepia mnie – zniszczyć, zniszczyć, zniszczyć! Rozwiązanie? A może jednak wieczorem zrobić sobie samemu coś do jedzenia w domu i zabrać w wielorazowym pojemniku do pracy? W mniejszych zespołach w pracy umawiać się, kto co przynosi do jedzenia i wspólnie przygotować lunch? Działy HR – do boju! Zapoczątkujcie modę na domowe jedzenie, na współpracę nie tylko w wyścigu o najwyższą sprzedaż, ale też na wspólne spędzanie czasu przy biurowym lunchu. To fantastyczna okazja do poznawania się od prywatnej strony, odkrywania talentów i odprężenia w tym naszym zwariowanym świecie. Kończę, bo kolega przyniósł sernik kokosowy własnej roboty i grupowo idziemy na degustację – oczywiście na porcelanowych talerzach!

rys. Hanna Pyrzyńska (hannapyrzynska.pl

 

ARTYKUŁ ZOSTAŁ OPUBLIKOWANY W 6 NUMERZE GAZETY NIENIEODPOWIEDZIALNI – ZAMÓW GAZETĘ.

Podziel się

Facebook / Twitter / LinkedIn

Komentarze
Facebook Twitter LinkedIn