Scenariusze „the day after”

Scenariusze „the day after”

ŚWIAT PO

Maseczki nie są częścią kultury europejskiej, a azjatyckiej. Azjaci mają trochę inne nozdrza niż Europejczycy i też przez to maseczki noszą na co dzień, a tym bardziej jeśli ktoś jest zarażony, lub chory. Na ulicach dalekowschodnich miast maseczkę nosi po to, aby nie zarażać innych.

Maseczki nie są częścią kultury europejskiej, a azjatyckiej. Azjaci mają trochę inne nozdrza niż Europejczycy i też przez to maseczki noszą na co dzień, a tym bardziej jeśli ktoś jest zarażony, lub chory. Na ulicach dalekowschodnich miast maseczkę nosi po to, aby nie zarażać innych.

Czy świat z roku 2019 i pierwszych dwóch miesięcy 2020 będziemy wspominać z nostalgią? Jaki globalny porządek wyłoni się po epidemii? Odpowiedzi na te i inne pytania poszukajmy w rozmowie z Radosławem Pyfflem – kierownikiem studiów „Biznes chiński – jak działać skutecznie w czasach Jedwabnego Szlaku” w Akademii Leona Koźmińskiego w Warszawie, a także byłym przedstawicielem RP w Radzie Dyrektorów Azjatyckiego Banku Inwestycji Infrastrukturalnych.

PAWEŁ OKSANOWICZ: Czy chińskie władze czują się moralnie odpowiedzialne za światową epidemię koronawirusa?

RADOSŁAW PYFFEL: Chiny stworzyły i promują narrację, w ramach której nie ponoszą odpowiedzialności za pojawienie się epidemii. Chiny, które poradziły sobie z pierwszą fazą epidemii – jeśli już – chcą dyskutować na inny temat.

Jaki?

– Chiny już od dawna komunikują światu, że są pokojowym, harmonijne rozwijającym się mocarstwem. Wirus? Mógł pojawić się wszędzie, nie tylko u nich. Odciągają uwagę świata od genezy choroby, kierując ją ku takim gestom i obrazom jak samolot z 7. chińskimi lekarzami i 30. tonami materiałów medycznych, który przyleciał do Włoch, pogrążonych w pandemii.

Przypomnę, że 17 marca Ambasador Liu zadzwonił do ministra spraw zagranicznych Jacka Czaputowicza i zaoferował pomoc. Bądźmy zatem gotowi na sytuację, gdy europejskie kraje takie jak  Polska, a zwłaszcza Wielka Brytania, czy Niemcy, gdzie przyjęto bardziej liberalne metody walki z patogenem, zaczną osiągać szczyt zachorowań. Wtedy okaże się, że szpitale nie są w stanie obsłużyć wielkiej ilości chorych. Natomiast w momencie, gdy Chiny uwalniają obecnie 90% swoich mocy produkcyjnych, staną się krajem, od woli którego może zależeć udzielenie nam pomocy. W tym znaczeniu dyskusja nad tym, skąd pochodzi wirus może przestać mieć sens. Czy rozpoczniemy ją właśnie z tym jedynym krajem, który będzie mógł cokolwiek produkować, a przez to pomagać reszcie?

Trudno mi jednak pogodzić się z sytuacją, gdy kwestia odpowiedzialności za epidemię pozostaje drugo-, bądź trzeciorzędna. 

– Wydaję mi się, że na razie wszyscy są zajęci walką z wirusem i kwestia odpowiedzialności schodzi na dalszy plan. To nie zmienia faktu, że gdzieś w tle toczy się spór lub, jeśli ktoś woli, wojna informacyjna o to, kto zaczął epidemię, a strona chińska ostro reaguje na wszelkie stwierdzenia o tym, iż wirus pochodzi z Wuhan. Ostatnio wycofano ze sprzedaży książki Mario Vargasa Lhosy po tym, gdy publicznie wypowiedział się w tej sprawie i przedstawił takie właśnie stanowisko, niezgodne z obecną linią chińskich władz.

Inna sprawa, że w listopadzie ubiegłego roku w Wuhan w Chinach nikt nie wiedział, dlaczego umierają tam ludzie. W atmosferze niepewności rodziły się różne teorie, co tylko powiększało zamieszanie. Domysły podsycali lekarze, którzy przestrzegali przed tajemniczym wirusem, zanim jeszcze został nazwany. Często nawet karano ich, co było częścią większego planu utrzymania całej sprawy w tajemnicy. Taki stan trwał kilka tygodni. Potem prawdy nie dało się już dłużej utrzymać za Wielkim Murem i Chiny wprowadziły radykalne środki zaradcze. Objęto kwarantanną kilkadziesiąt milionów ludzi. Obszar, który produkował 80% chińskiego PKB, został wyłączony z życia. Radykalizm tego posunięcia podkreślał fakt, że w bardzo krótkim czasie zbudowali kilka szpitali, spodziewając się, że będą potrzebne. Zaryzykowali olbrzymimi stratami gospodarczymi, co nie było taką łatwą decyzją, zwłaszcza gdy teraz słuchamy głosów polityków w Europie, którzy ciągle nie mogą się zdecydować na radykalne środki w obawie właśnie o kondycję gospodarki. Najważniejsze dla Chińczyków stało się jednak to, że po dwóch miesiącach tej ryzykownej strategii, odnieśli sukces i zahamowali epidemię, choć życie nadal toczy się tam według surowych procedur, które już jednak są rozluźniane.

Czy rzeczywiście można mówić o chińskim sukcesie w opanowaniu epidemii wirusa?

– Nie możemy wykluczyć, że zwycięskie teraz Chiny nie przetrzymają drugiej fali wirusa. Jednak obecnie, gdy rozmawiam z Chińczykami, nie kryją euforii. To zjawisko ma dwa poziomy. Pierwszy – zupełnie ludzki, zrozumiały dla każdego. Gdy obywatele pozostawali zamknięci w domach przez 2 miesiące, z mocno ograniczonymi możliwościami przemieszczania się, teraz wreszcie znowu czują swobodę. Pomyślmy – jak my czulibyśmy się po dwumiesięcznej przymusowej kwarantannie? Drugi poziom euforii wynika z taktyki, jaką zastosowano. To znowu rodzi dumę z podjęcia słusznych decyzji na poziomie państwowym.

Co jest sednem chińskiego podejścia do opanowania epidemii?

– Uszczelnienie granic prowincji Hubei, ze stolicą Wuhan, za cenę, jaką zapłaciła gospodarka. To się sprawdziło. Gdyby Chińczycy zostawili wirusa samemu sobie i nie podjęli zdecydowanych działań, to moim zdaniem do połowy tego roku epidemia skończyłaby się dla nich tragicznie pod każdym względem: zdrowotnym, społecznym, gospodarczym, zapewne też politycznym.

Czy zbiorowe poczucie dumy ma siłę kształtowania przyszłości Chin? Może je zmienić, wzmocnić w radykalny sposób?

– Nie wykluczam takiej sytuacji. Poczucie triumfu z pokonania wirusa zacznie przybierać na sile tym bardziej, im inne kraje nie będą sobie z nim radzić. W tym szczególnie chodzi o Europę, o której mówiło się, że wykształciła instytucje rządowe na bardzo wysokim poziomie. Governance, polityka społeczna działały u nas bez zarzutu. Jednak w obliczu epidemii obserwatorzy widzą, że wiele europejskich krajów nie radzi sobie z koronawirusem, a to chiński model zarządzania kryzysem okazał się skuteczny. Tutaj trzeba też wspomnieć, że czempionem w walce z wirusem jest Tajwan. Stał się nim dzięki szybkim i mądrym decyzjom administracyjnym oraz dyscyplinie społeczeństwa. W efekcie zanotowano tam tylko około 50 przypadków COVID.

Najważniejsze pytanie, jakie mam w tej rozmowie, wydaje się oczywiste – jak będzie wyglądał świat po epidemii?

– Jednak odpowiedź już nie jest tak oczywista. To wszystko zależy od tego, jak zarządzimy sytuacją w Unii Europejskiej i jak Stany Zjednoczone sobie z nią poradzą. W Europie mamy wiele polityk narodowych, które różnią się radykalizmem podejścia do środków zaradczych. Amerykanie dopiero teraz zaczynają prowadzić jakiekolwiek działania związane z koronawirusem, bo przecież nie przedsięwzięli żadnych, nawet nadzwyczajnych środków, nie wspominając o radykalnych. Co istotne, teraz przeszliśmy z lokalnej fazy wirusa do globalnej. Niestety, w Europie mamy już kilka ognisk epidemii, a Chińczykom udało opanować 80% choroby w granicach jednej prowincji i miasta. Oznacza to, że to, jak będzie wyglądał świat po epidemii, zależy od planu działań i dyscypliny UE oraz USA. Czyli, w Unii Europejskiej i Stanach Zjednoczonych rozgrywa się przyszły kształt światowej gospodarki. I świata w ogóle.

Czy możemy zarysować dwa skrajne scenariusze?

– Pierwszy to scenariusz optymistyczny – przy podjęciu radykalnych sposobów, gdy Europa zgodnie przystępuje do walki z koronawirusem i zamyka granice kontynentu, a po dwóch, trzech miesiącach wszystko wraca do normy, czyli odtwarzamy świat w formule jaką znamy z 2019 roku. I analogicznie dzieje się w USA. Jest to tym bardziej sensowne, że kraje Globalnego Południa, źródła migracji, najprawdopodobniej staną się wielką bombą kornawirusa – tam nie wykonuje się chyba mniej testów, a państwa i opieka medyczna są słabsze. W sytuacji, gdy granice UE będą otwarte, nigdy nie skończymy z epidemią. Przypomnę, że Chińczycy wprowadzili bardzo rygorystyczną kwarantannę, którą można krytykować z punktu widzenia swobód obywatelskich – ale chroniącą to, co udało się tym ostrą kwarantanną osiągnąć. Polega na tym, że każdy, kto przyjeżdża do Chin trafia na dwutygodniową kwarantannę w szpitalu lub innym izolowanym miejscu. Jest to logika chińskiego podejścia do epidemii – jeśli opanowali koronawirusa płacąc olbrzymie koszty gospodarcze, nie chcą tego zaprzepaścić.

Tu warto zapytać o to, jakie konsekwencje będzie miało 20. procentowe spowolnienie wzrostu gospodarczego w Chinach?

– Sądzę, że niewielkie dla całości ich gospodarki. Oni to wkalkulowali w strategię walki z wirusem. Po prostu teraz ruszą znowu z produkcją, a jeszcze mogą nadrobić straty. Gdyby okazało się, że Europa nie będzie zdolna do produkcji przemysłowej na taką skalę, jak przed koronawirusem, wówczas zaczniemy realizować drugą wersję scenariusza „the day after”.

No właśnie, aż boję się zapytać o to, jak przedstawia się ten drugi, o wiele gorszy dla nas, scenariusz?

– Model stadnej odporności, jaką krótko lansował rząd brytyjskim okazał się nonsensem, podbijanym niedopuszczalnymi wypowiedziami B. Johnsona, że „ileś ludzi musi umrzeć, aby przetrwali najsilniejsi”. Indolencja zawarta w takich wypowiedziach polega na tym, ze jedno zachorowanie nie wyklucza kolejnego. Jeżeli teraz krytykujmy Chiny za to, że nie poradziły sobie na początku listopada w Wuhan, bo przerażeni urzędnicy nie wiedzieli, co się dzieje, to jednak teraz my wiemy więcej i potrzeba nam zdecydowanego działania, opartego na racjonalnym myśleniu. Dlatego jestem bardzo rozczarowany takim postawieniem sprawy przez premiera Wielkiej Brytanii, a także słowami Angeli Merkel, która kilka tygodni temu wspomniała, iż 80 % populacji i tak musi zostać zarażona koronawirusem.

Czy chiński model przetrwania w ciężkich czasach umocni w ludziach skłonność do podporządkowania się władzy w wersji kapitalizm plus mniej lub bardziej łagodny totalitaryzm?

– Tak, sytuacja w Chinach to woda na młyn dla autorytaryzmów, co rozumieją doskonale wszyscy Azjaci, niekoniecznie tylko Chińczycy. Formułę przyjaznego autorytaryzmu wymyślił przecież premier Malezji jeszcze w latach 90. XX wieku. I ten model zarządzania społeczeństwem dzisiaj zyskuje na atrakcyjności, niektórzy wieszczą, że może zwyciężyć, chociaż Chińczycy niekoniecznie go promują – bo – wracając do początku naszej rozmowy – dla nich ważne jest, aby udowodnić, że wirus nie pochodzi z Chin, a nie promocja własnego modelu, który zresztą uważają za ekskluzywny. Na pewno autorytaryzmom łatwiej działać w sytuacjach zagrożenia, wymuszać pożądane zachowania obywateli, sterować emocjami i działaniami. Jednak stan nadzwyczajny w Europie nie musi wyglądać tak, jak w Chinach i nie wiem, czy chcielibyśmy do niego przywyknąć. Tak więc pytanie o to, czy uda nam się powrócić do świata 2019/20 pozostaje otwarte w kontekście tego, jakim sposobem doprowadzimy do nowego otwarcia. Nie chciałbym być za bardzo górnolotny, ale – biorąc pod uwagę wszelkie dane i doświadczenie – mogę stwierdzić, że tu i teraz, w marcu 2020 roku w Europie, ważą się losy świata.

Podziel się

Facebook / Twitter / LinkedIn

Komentarze
Facebook Twitter LinkedIn