Żyję, żeby żyć

Żyję, żeby żyć

ŚWIAT PO

Wydaje mi się, że to wszystko, co nas czeka i co przeżywamy już teraz będzie powodowało, że przyzwoici ludzie staną się jeszcze lepsi. Jednak ci pozbawieni skrupułów, będą jeszcze bardziej agresywni. Kryzys nie zmienia nas tylko na lepszych.

Wydaje mi się, że to wszystko, co nas czeka i co przeżywamy już teraz będzie powodowało, że przyzwoici ludzie staną się jeszcze lepsi. Jednak ci pozbawieni skrupułów, będą jeszcze bardziej agresywni. Kryzys nie zmienia nas tylko na lepszych.

O warunkach, w jakich przyszło nam mierzyć się z nadchodzącym kryzysem gospodarczym. Rosnącej sile ludzi przyzwoitych i nowych modelach konsumpcji oraz potrzebie  przeprojektowania biznesu. A także o niebagatelnej prostocie odkrywanych na nowo starych prawd. 

Żyję, żeby żyć” mówi Piotr Voelkel przedsiębiorca, promotor polskiego designu. Założyciel i współwłaściciel grupy kapitałowej VOX,  Uniwersytetu SWPS, Collegium da Vinci i School of Form. Współtwórca Concordia Design w Poznaniu. W rozmowie z Pawłem Oksanowiczem.

PAWEŁ OKSANOWICZ: Zastanawia się pan, jak opisać to, co przeżywamy obecnie w gospodarce?

PIOTR VOELKEL: Sięgając do języka katastrof, można to, co dzieje się teraz, porównać do trzęsienia ziemi pod dnem oceanu. Przerażeni siedzimy w domach i z lękiem czekamy na kolejne wstrząsy, słuchamy komunikatów. Niektórzy wiedzą, że potem przyjdzie tsunami – gospodarcze skutki tego, co teraz. Zwykle znacznie brutalniejsze niż efekty samych wstrząsów.  Jeżeli epidemia zatrzyma nas dłużej w domach, zawali się światowa gospodarka, miliony ludzi straci pracę i oparty na wzroście konsumpcji i drukowaniu pieniędzy pomysł na szczęśliwy świat pryśnie jak kolorowa bańka mydlana. Wielu ludzi straci dorobek swojego życia, budowane z mozołem firmy. Będą ludzie, dla których problemem stanie się skromne utrzymanie siebie i rodzin. Mogą pojawić się niepokoje społeczne i radykalne, rewolucyjne nastroje.

Czy nasze państwo nam wtedy nie pomoże?

– Wiele będzie zależało od pomocy państwa, tego czy pomoc i pieniądze trafiają we właściwe miejsce. To trudny czas. Czym innym jest zarządzanie krajem w sytuacji komfortu, jaki daje światowa koniunktura, którą dobrze wykorzystywał prywatny polski biznes. Wielu niezwykle pracowitych i zaradnych ludzi oraz prywatnych firm generowało zyski i podatki. W takich czasach łatwo dzielić spływające z biznesu i rynku pieniądze. Wydawanie jest przyjemne i łatwe. Myślę, że nie zawsze rządzący stosowali się do mądrości, jaką przekazała mi Babcia, która mówiła „Nie sztuka zarobić, sztuka mądrze wydać”. Dziś w tych trudnych czasach ta sugestia Babci będzie kluczowa. Ważne, żeby wsparcie trafiło do firm, które dzięki temu będą mogły przetrwać najgorszy czas i utrzymać pracowników, a po „czasie zarazy” możliwie szybko uruchomić produkcję i usługi. Jeżeli wsparcie biznesu będzie zbyt małe lub trafi przede wszystkim do bezrobotnych,  firmy znikną i staniemy się kolonią dla światowych koncernów, które przejmą nasze fabryki, rynki zbytu i cały potencjał. Kłopot z tym, że w czasach światowej koniunktury w wielu krajach doszli do władzy politycy, na których nie można liczyć w momentach takiej trudnej próby, a wchodzimy w czas kryzysu.

Nie ma sposobu, aby go zatrzymać? 

– Do tej pory globalny wzrost opieraliśmy na niskich stopach procentowych, a takie rozwiązania zwykle służą do pobudzania gospodarki w kryzysie. Niestety, skoro używaliśmy tego narzędzia – swego rodzaju turbodoładowania – w czasach, kiedy wszystko układało się jak należy, co nam pozostało teraz? Jak wywołać koniunkturę po tsunami? Jaki model gospodarczy może być przydatny i akceptowany? Nie wróci już chyba ta sztucznie kreowana koniunktura oparta na założeniu, że wszyscy kupujemy niepotrzebne produkty za nieprawdziwe pieniądze. Jaskrawym przykładem jest branża fast fashion. Aby wywołać popyt cztery sezony czterech pór roku zastąpiono, kreując 50 sezonów –  co tydzień nowości i nieustanne zmiany, nowości.

Byli tacy, którzy o tym mówili.

– Ale wśród polityków, czyli ludzi decyzyjnych, nie znalazł się nikt, kto, widząc tę sytuację, stanąłby na wysokości zadania i wziął na siebie rolę lidera rozumiejącego przyszłość, rozpoznającego zgubne konsekwencje turbodoładowanej gospodarki. Nie powstały idee, strategie, programy zmian politycznych, społecznych i gospodarczych opartych na innych założeniach niż nieustany wzrost popytu, dosypywanie pieniądza na rynek, zadłużanie państw i obywateli czasami już na koszt wnuków. Względny komfort, w jakim żyliśmy, nie zmuszał do działania i wdrażania  trudnych zmian.

Teraz po tsunami w kryzysie będą takie nowe kierunki zmian powstawały w sposób niezaplanowany, rewolucyjny. Konfrontować będzie się populizm, autorytarna, bolszewicka agitacja, aby zabrać tym co jeszcze coś  mają z liberalnymi  projektami  zakładającymi, że tylko solidarność, kompetencje i szacunek dla ważnych wartości może stworzyć warunki do wyjścia  z zapaści. Lęk przed zagrożeniami, przed nieznanym ułatwia zadanie totalitarnym przywódcom budującym mury i obiecującym bezpieczeństwo.

Odnoszę wrażenie, że teraz tym bardziej widać nasze braki w kwestii poukładania świata.

– Brak nowoczesnej, otwartej na liberalne i sprawiedliwe działanie koncepcji zbudowanej na idei „lepsze życie polega na tym, aby odrzucić wszystko to, co zbędne” powoduje, że szukamy rozwiązania w pobudzaniu popytu i rzucamy na rynek kolejne biliony wydrukowanych świeżo pieniędzy.  To przyniesie inflację cen jednych, a deflację innych produktów. Naprawdę zaczniemy przecierać oczy ze zdumienia, patrząc na ceny rzeczy, które stracą na wartości i z równą intensywnością przyglądać się cenom tych, które będą gwałtownie drożały.

Piotr Voelkel: W kryzysie z 2008 roku musiałem podejmować wiele gorzkich decyzji, m.in. o zamknięciu fabryki. Jednak tamten kryzys w porównaniu z tym, co przeżyli nasi ojcowie i dziadkowie oraz z tym, co nas dzisiaj czeka można nazwać spowolnieniem gospodarczym. Należymy do bardzo uprzywilejowanego pokolenia. Nie musieliśmy walczyć na frontach pierwszej i drugiej wojny oraz w Powstaniu Wielkopolskim. Nie głodowaliśmy jak bezrobotni w czasach wielkiego kryzysu. Żyliśmy bez wojny, epidemii, głodu, w komforcie, jaki nie przydarzył się nigdy wcześniej. Tak było do wczoraj. 

Co będzie tanieć, a co zdrożeje?

– Nie wiem, sam się nad tym często zastanawiam. Stworzyliśmy w naszej firmie zespół, który obserwuje bacznie wszystkie zmiany i  próbuje przewidzieć to, co się wydarzy. Czekam na prognozę  prof. Jerzego Hausnera, który pracuje nad makroekonomiczną wizją świata w czasach „dyktatury koronawirusa”.  

W naszej rozmowie i w tekście „#zostańwdomu, czyli design w czasach zarazy”, w magazynie „Design Alive” pisze pan o tym, że Polska stanie się rynkiem kolonialnym. Czy może pan to doprecyzować?

– Pochodzenie, struktura i wielkość kapitału w Polsce są znane. Nasz rodzimy kapitalizm w ogromnej większości jest młody, niestabilny i wrażliwy na kryzysy. Ma małe zasoby, powstał jako skutek zaradności i pracowitości ludzi, którzy zaczynali od zera. Zbudowany często na kredytach i leasingach. Bez przychodów i bez bardzo mocnego wsparcia państwa szybko upadnie. Uważam, że tarcza antykryzysowa powinna być skierowana do firm bez podziału na małe, średnie i duże, a kryteria takiego wsparcia powinny być kombinacją skali utraconych przychodów oraz wielkości zatrudnienia. Są firmy, które podczas epidemii nie straciły sprzedaży, czasami mają przyrosty, a są też takie, które mają z dnia na dzień zero. System powinien być prosty i klarowny. Ktoś, kto stracił całkowicie przychody powinien dostać zwolnienie z ZUS i innych świadczeń na rzecz państwa oraz np. 50% wynagrodzenia tych pracowników, których będzie zatrudniał do czasu podjęcia działalności. To, połączone z obniżką płacy w czasie postoju, dałoby prawie pewność, że po „ogólnopolskiej kwarantannie” wszystko wróciłoby dość szybko do normy. Podział na firmy małe i duże z wytyczną, aby dużym pomagać niewiele lub wcale spowoduje, że wiele z nich, w tym te, które są naszą duma narodową, upadnie, a ich dorobek i miejsce zajmą globalne koncerny.

Czyli, tarcza antykryzysowa nie zadziała? 

– Taka jak dziś nie będzie dostatecznie skuteczna. Trwają prace nad zmianami. Pewnie będą kolejne poprawki. Nie widać jednak gotowości do wspierania wielkich firm, a wiem, że one mają małe rezerwy i wielkie koszty.

Czy w kryzysie powinniśmy wyciągać rękę tylko do firm, wierząc, że gospodarka uratuje całe nasze społeczeństwo?

– Gdzieś obok, ale bardzo ważny jest też problem studentów, którzy płacą za studia. To wszyscy studenci uczelni niepublicznych oraz zaoczni na uczelniach publicznych. W sumie około 500 tys. Wielu z nich studiowało, pracując. Na czesne zarabiali w restauracjach, hotelach i innych usługach. Większość z nich straciła pracę i dziś nie ma na życie i opłaty związane ze studiami. Pilnie potrzebny jest system wsparcia dla nich taki, żeby w czasie, kiedy nie pracują, mogli kontynuować studia i nie dewastować swojej życiowej strategii.

Wracając do polskiej zaradności – być może stało się tak, że zaradność już nie wystarcza w dzisiejszych czasach i powinniśmy wznieść się na wyższy poziom? To sytuacja, gdy interwencje państwa w gospodarkę są wątpliwe, a wciąż pozostajemy wrażliwi na wpływy globalne. Chodzi mi o tworzenie gospodarki w inny sposób. To ten moment?

 – Jeśli epidemia nie odpuści i ten kryzys będzie bardzo bolesny, to mimo wielkich ofiar wyjdziemy w końcu z niego. Zapewne poobijani, ale też z unikalnym doświadczeniem i z cennymi refleksjami. Podczas kwarantanny  odkryjemy, jak wiele zbędnych rzeczy kupowaliśmy, jak niewiele z tego co w szafach nie potrzebujemy naprawdę,  jak wiele tracimy, stawiając pracę na pierwszym miejscu. Jak ważne są dla nas więzi z bliskimi, jak tęsknimy do innych ludzi, ruchu, przyrody. Zmienią się rynek, oczekiwania naszych potencjalnych klientów. Część naszej oferty okaże się niepotrzebna, a projektując nowe inwestycje i biznesy, często od zera będziemy musieli oprzeć je na nowych analizach rynku i odbiorców. To będzie niezwykle ciekawy czas gruntownej przebudowy lub budowania od nowa.   

Czy jednak nie powinniśmy spodziewać się kontrreakcji? Nie jestem pewien, czy społeczeństwo w swej masie zgodzi się bez protestu, a tylko w oparciu o takie nowe doświadczenie i refleksję, na redukcję pragnień, chęci posiadania  i łatwego, taniego  podróżowania? Zredukuje potrzeby i aspiracje, gdy niedawno dopiero zaczęło pragnąć i doświadczać tej „rozpusty”? 

– Zgadza się, może być z tym trudno. Aby zaprojektować na nowo naszą przyszłość musielibyśmy znów obudzić solidarność, empatię, gotowość do współpracy.

W kryzys wchodzimy jako społeczeństwo skłócone, w którym nawet podziały polityczne weszły do rodzin. Dotyczy to nie tylko Polski. Politycy nie umieją zaprzestać waśni w często drugorzędnych kwestiach, a nie zajmują się skutecznie problemami ludzi i firm. Nie powstają programy naprawcze a przecież ludzie obawiają się efektów kryzysu niezależnie od wyznawanej opcji politycznej. Lęk i niejasna przyszłość  kieruje ich na różne tory. Jedni robią zapasy i walczą w kolejkach do sklepów, a inni szyją maseczki i jako wolontariusze pomagają innym.

Czyli, jeszcze nie gaśnie nadzieja na NeoSolidarność 2020?

– Wydaje mi się, że to wszystko, co nas czeka i co przeżywamy już teraz będzie powodowało, że przyzwoici ludzie staną się jeszcze lepsi. Jednak ci pozbawieni skrupułów, będą jeszcze bardziej agresywni. Kryzys nie zmienia nas tylko na lepszych.  

Jak pan osobiście odnajduje się w nowej sytuacji? 

– Mam świadomość, że mimo wielu wysiłków w moim życiu niewiele zależy ode mnie. Urodziłem się, nie mając wyboru kiedy, gdzie i kim będę. Większość ważnych zdarzeń była wynikiem przypadku. Przyjmuję to z pokorą, co nie pozbawiło mnie zapału do aktywności i prób robienia rzeczy ważnych. Epidemia daje kolejne lekcje uległości. Przypominam sobie Wojtka Eichelbergera, który na pytanie „po co żyjemy?” odpowiedział: „Aby żyć” . Kiedyś myślałem, że mało ambitny plan. Dziś rozumiem jego wartość i wielkość. Sam staję się widzem w teatrze, a reżyser zaskakuje mnie gwałtownymi zmianami akcji. Kosmiczny seans, w którym uczestniczymy, przewyższa znacznie moje oczekiwania.

Odkrywam, że warto spojrzeć na życie oczami Wojciecha Eichelbergera – żyje się dla samego życia. W konsekwencji gotowości na przyjęcie bez leku tego, co się zdarzy. Trzeba postawić na własną zaradność, kompetencje, umiejętności, a w kontekście wirusa i epidemii na osobistą odporność. Nadchodzące zmiany, przyspieszenie, kolejne zaskakujące zawirowania to wszystko podnosi mi ciśnienie, pobudza ciekawość, ale też powoduje, że mocniej trzymam wiosła. Na bystrej, ale przewidywalnej do niedawna rzece pojawiają się wodospady.

To wielkie wyzwanie, ale też przygoda. 

Podziel się

Facebook / Twitter / LinkedIn

Komentarze
Facebook Twitter LinkedIn RSS